IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Jazz Cafe

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Asmodeusz
Arcydemon
avatar

Male
Liczba postów : 57
Data dołączenia : 16/11/2013

PisanieTemat: Jazz Cafe    Nie 17 Lis 2013, 15:55


KLIK
KLIK


Przestronny lokal, należący do tych bardziej wyszukanych, dla 'ludzi z wyższych sfer'. Można tu spotkać wszystkich poczynając od aktorów, po mafię, ale też i zwykłych bogaczy. 'Szarzy' ludzie nie są tu mile widziani, ale zdarza się, że przychodzą, mając u niektórych znanych wtyki.
W pomieszczeniu dominują odcienie czerwieni i zieleni, jednak wszystko idealnie ze sobą komponuje.
Wszelakie napoje horrendalnie drogie, ale warte swojej ceny.
W tle niesie się muzyka jazzowa.

Nieletnim alkoholu nie sprzedajemy.
Powrót do góry Go down
Douma
Dowódca Harab Serapel
avatar

Male
Liczba postów : 18
Data dołączenia : 17/11/2013

PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    Sro 20 Lis 2013, 17:01

Czasami trzeba uciec od wszystkich, których się zna. Nie to, żeby Duma nie lubił towarzystwa swoich ludzkich braci, bo istotnie tak ich traktował, ale choć doskonale wiedział, że chcieliby mu pomóc w każdej sytuacji, choćby chciał tylko z kimś porozmawiać, nie mógł powiedzieć im wszystkiego. Tak było lepiej, gdy nie wiedzieli, choć nie podobało mu się, że do końca ich krótkiego życia będzie musiał ich okłamywać. Że będzie musiał mamić wszystkich wokół iluzją, że starzeje się razem z nimi, a potem patrzeć, jak każdy z nich, po kolei, umiera. Czy demon powinien mieć takie wyrzuty sumienia? Pewnie większość by się ich powstydziła. Ale warto zaznaczyć, że Douma wcale nie chciał stać się demonem. Dobrze było mu w Królestwie, ale pod wpływem emocji stało się, jak się stało. Douma był znany ze swojej niestabilności emocjonalnej. Odkąd pamiętał, jego osobistym 'bóstwem' był Niosący Światło. To, że chciał donieść o jego planach rebelii było niczym innym, jak rozpaczliwa próba zatrzymania go w Królestwie. Sądził, że kiedy ujawni jego plany, Lampka rozmyśli się i opamięta. Nic z tego. Za swoją egocentryczność został pozbawiony tego, co dla Anioła najcenniejsze. Skrzydeł. Do dziś mu ich brakowało. Nigdy więcej miał już nie wzbić się w niebo. Być może, gdyby nie to, pozostałby w Królestwie, ale ta strata przelała czarę goryczy na korzyść Lucyfera. Wtedy Douma postanowił przyłączyć się do niego i zrobić wszystko, by pomóc mu w jego rebelii. Teraz, gdy zajmował nawet wysokie stanowisko w Głębi i dzielił dom z tym, dla którego gotów był poświęcić wszystko, wydawało mu się, że był od niego jeszcze dalej, niż kiedykolwiek. Lampka był ciągle zajęty. To znaczy, nigdy nie okazał, by miał odwzajemnić choć w najmniejszym stopniu to, co czuje do niego Douma, ale teraz przez nadmiar obowiązków, ich kontakty ograniczały się jedynie do rozkazów, gdzie wysłać Harab Serapel. Poniekąd Cisza zdążył się już z tym oswoić...
Od kilku lat przebywał niemal cały czas na Pańskiej Planecie. Udał się do jednego z lepszych lokali w tej części świata, na kontynencie dalekim temu, gdzie posiadał to, czego inne demony nawet nie chciałyby mieć. Ludzkich przyjaciół. Tak, ci nierozważni często ośmielali się kpić z Doumy z tego właśnie powodu, ale nierzadko źle się to dla nich kończyło. Po czasie woleli zacząć szeptać za jego plecami, a on postanowił udawać, że tego nie słyszy.
Wchodząc do ciepłego wnętrza lokalu, zmierzył obojętnym spojrzeniem czerwono-zielony wystrój i ruszył w stronę baru. Nie dało się jednak ukryć, że gdziekolwiek pokazałby się na tej planecie, zawsze ktoś go rozpozna. Tutaj na szczęście nie spodziewał się spotkać rzeszy swoich fanów, jednak zorientował się, że barmanka u której złożył zamówienie na tequilę, ledwie powstrzymała się od dziewczyńskiego pisku, gdy zajął miejsce przy ladzie. Czym prędzej podała mu trunek i po chwili wahania, poprosiła go o autograf. Oczywiście, nie odmówił. Posłał jej jeden ze swoich wyćwiczonych, ponoć uroczych, uśmiechów i począł raczyć się alkoholem. Wsłuchując się w lecącą w tle muzykę, przejechał spojrzeniem po gościach lokalu. Nie on jedyny przyszedł tu bez towarzystwa, choć nawet gdyby chciał, nie miałby tu kogo zaciągnąć. W Głębi był traktowany jak wyrzutek, a przez Świetlistych jak zdrajca. Nawet demony miały swoje skrzydła, pozbawione piór, skórzaste, ale miały. Pozbawiano ich tylko wyrzutków, toteż wobec  Dumy krążyło sporo plotek w tym temacie. A bliskie spoufalanie się z ludźmi wcale nie działało dobrze na jego image w Otchłani.
Pociągnął łyk trunku, obrócił szklankę w dłoni i odstawił ją lekko na ladę. Prawdopodobnie spędzi tu całą noc, kontemplując. Zawsze mógł też zaszczycić swoim towarzystwem wspomnianą wcześniej barmankę. W końcu nie brakowało mu też arogancji, chętnie obserwował reakcje ziemianek na swoją osobę...
Powrót do góry Go down
https://twitter.com/chibinunu
Lucyfer

avatar

Male
Liczba postów : 15
Data dołączenia : 01/12/2013

PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    Pon 02 Gru 2013, 17:11

To dziwne uczucie w gardle. Okrutny ścisk, jakby gula, której nie mógł się pozbyć od samego początku pobytu na Ziemi. Owszem, Lucyfer lubił tu przebywać. Radość sprawiało mu obserwowanie tych całkiem pociesznych istotek nie zwracających na niego nawet najmniejszej uwagi. Tutaj był niezauważalny, anonimowy. Nie musiał się niczym przejmować, zmuszać się do kroków wbrew swojej naturze, czy ślęczeć nad papierami. W tym każda sprawa przypominała tę poprzednią, a podobno petent petentowi nierówny. Każdego trzeba rozpatrzyć całkowicie inaczej. Cóż, wszystko byłoby bardziej proste, gdyby polityka nie była taką zagmatwaną prostytutką, która leci do kogoś o grubszym portfelu, czy większych wpływach. Zjawisko to było tak odległe od zwyczajnej wojaczki, w której liczyła się jedynie sprawność we władaniu mieczem, siła ramion i hart ducha. Podsumowując cały ten rezonans światów, mimo Grzechu Pierworodnego i całego tego ziemskiego plugastwa, to miejsce wydawało się o milion razy bardziej przyjemne, od niedawno co opuszczonej przez Lucyfera Głębi.
Chociaż Pan Otchłani pojawił się na Ziemi w konkretnym celu, który zdążył już wypełnić, niespieszno mu było do powrotu do swojego jakże ukochanego Pandemonium. Aż na samą myśl jego flaki obróciły się do góry nogami. Lucyfer, przed swoją niewielką podróżą, załatwił sobie godne zastępstwo, określając termin swojego powrotu jako "bliżej nieokreślony, jednak niekoniecznie odległy". Dawało mu to odpowiednią ilość czasu, aby pokręcić się po znajomych wydawnictwach i podrzucić im niedawno co skomponowane dzieło. Skąd ta nagła wena u Lampki? Cóż. Jeśli w okolicy nie znajdował się nikt, do kogo Władca Piekieł mógłby otworzyć usta, wolał zająć się raczej kartką, niż chlapać swoimi odczuciami na lewo i prawo. Wiedział o tym każdy, kto chociaż trochę znał dawnego archanioła, który raczej wolał milczeć, niż zdradzić zbyt wiele na temat swojego aktualnego stanu psychicznego. A ostatnimi czasy czuł się naprawdę podle. Już pal licho wspomnienia o tym nieszczęsnym Buncie. Owszem, zajście codziennie o sobie boleśnie przypominało i wciąż paliło tak samo, jednak Lucyfer zdążył przywyknąć do tego gorzkiego uczucia. W tym momencie o wiele bardziej dokuczliwa, jak niewielka, ale cholerna drzazga pod paznokciem, stała się samotność. Chociaż codziennie w otoczeniu Władcy przewijało się wiele mniej, lub bardziej znaczących osobistości, nie czyniło z nich to żadnego bliższego przyjaciela.
I ten cichy głosik szepczący o kimś, kto właśnie znajdował się na Ziemi... Z pewnością zaciekawiłby się nowym dziełem literackim swojego przyjaciela, prawda?
Lucyfer odgonił od siebie te niewygodne myśli i wkroczył do wnętrza lokalu. Ubrany całkowicie zwyczajnie, bo w marynarkę, pod spodem koszulę, a do tego pasującego spodnie (rzecz jasna wszystkie ciuchy w kolorze czarnym), nie wyróżniał się z tłumu gości całkiem drogiej kafejki. W tej całej ludzkiej tłuszczy w oczy mogła się rzucić tylko i wyłącznie jedna, pstrokata postać.
Blondyn ze spokojem usiadł obok swojego dowódcy, nie zdradzając po sobie większych emocji. Jedynie uśmiechnął się lekko, prawie niezauważalnie, wpatrując się w swoje dłonie oparte o blat baru. Dobrze, że nie było po nim widać, jak bardzo cieszy się ze spotkania kogokolwiek mu bliższego.
- Picie samemu nie prowadzi do niczego dobrego. - stwierdził z minimalnym rozbawieniem, chcąc wytrącić Dumę z zamyślenia.

_________________
Powrót do góry Go down
Douma
Dowódca Harab Serapel
avatar

Male
Liczba postów : 18
Data dołączenia : 17/11/2013

PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    Pon 02 Gru 2013, 18:17

Siedząc tu już którąś godzinę, zdecydował się w końcu zagadnąć barmankę. Przez ten cały czas opuszczała go tylko na chwilę, żeby obsłużyć innych klientów, a potem w pośpiechu do niego wracała. Nie mając nic lepszego do roboty, odkąd tu urzędował, zdołał wypić już sporą ilość drinków. Książę Piekła, jakby już sam jego wizerunek nie był kpiną dla tego tytułu, miał dość słabą głowę do alkoholu. Jego policzki zdążyły się już zaczerwienić, a wzrok przybrać nieco błędny wyraz. Teraz niby tak dobrze rozmawiało mu się z barmanką, która - żeby słynny G-Dragon ją zrozumiał, siliła się na angielski, kalecząc go niemiłościwie. On tylko słuchał jej bez większego skupienia i odpowiadał machinalnie. Gdyby wiedziała, z kim na prawdę rozmawia! Cóż, wtedy przynajmniej mogłaby mówić w swoim ojczystym języku. W końcu dla tych nieprzyziemnych nie istniała żadna bariera językowa.
Z pewnością nikt ze zgromadzonych nie miał pojęcia, kto za chwilę miał zjawić się w lokalu. Oczywiście, Synowie Adamowi i tak nie mogli mieć pojęcia, że znajdowały się tu teraz dwa demony, ale Pan Otchłani był ostatnią osobą, którą Douma spodziewał się tu zastać. Nie zorientował się nawet, że wszedł do klubu, być może była to wina lekkiego upojenia, a może jego niepodzielnej uwagi? Bo przecież tak dobrze znał aurę Niosącego Światło, że w normalnych okolicznościach od razu wiedziałby, kto się zjawił.
Dzierżąca szklankę ręka drgnęła, omal nie rozlewając jej zawartości, kiedy dowódca usłyszał znajomy głos. Gdy odwrócił się w stronę, z którego dochodził, jego twarz najpierw przybrała wielce zaskoczony wyraz, a sekundę później pojawił się na niej uśmiech, a oczy demona, choć wyraźnie przysłonięte mgiełką upojenia alkoholowego, pełne były ślepego i bezwarunkowego uwielbienia. Zawsze patrzył na niego w ten sposób. Przecież był jego centrum wszechświata jeszcze zanim ich obu strącono... Cisza z wielkim trudem powstrzymywał się, żeby nie rzucić się na Imperatora Otchłani i nie zamknąć go w miażdżącym uścisku swoich drobnych ramion. "Nie możesz." Przekonywał sam siebie uparcie. "Nie wolno ci."
Serce przyspieszyło mu tak mocno, że słyszał własny puls w uszach tak wyraźnie, jakby ktoś bił w werbel.
Nie pamiętał, kiedy ostatnim razem miał okazję rozmawiać z Lucyferem sam na sam.
- Być może szukam własnej zguby, Luciu. - rzucił pierwszym zdaniem, jakie przyszło mu do głowy tylko po to, by w końcu się odezwać i przestać się głupio szczerzyć. Od razu skarcił się w myśli. Jak mógł zwrócić się do niego tak poufale? Teraz jednak nie potrafił myśleć nad konsekwencjami. Był w euforii. Tak pewnie wyglądałby wierny psiak, który wita swojego pana po długiej nieobecności. Gdyby Douma posiadał ogon, machałby nim ze wszystkich sił. Nie wiedzieć czemu, przypomniał sobie o słowach Samaela, które krążyły mu wcześniej po głowie, zanim przyszedł tu trwonić czas. Chciał zadać Niosącemu Światło kilka pytań odnośnie jego relacji z Ryżym Hultajem, ale postanowił się z tym jeszcze wstrzymać. A może za bardzo obawiał się tego, co usłyszy...?
- Nie spodziewałem się tutaj Ciebie. - przyznał, bezskutecznie próbując przybrać obojętny wyraz twarzy. - Czego się napijesz? - przypomniał sobie o obecności barmanki, która obserwowała ich z niemałym zaciekawieniem. Wystarczyła chwila obecności Władcy Głębi, by zapomniał o wszystkich innych żywych istotach w tym lokalu.
Powrót do góry Go down
https://twitter.com/chibinunu
Lucyfer

avatar

Male
Liczba postów : 15
Data dołączenia : 01/12/2013

PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    Pon 02 Gru 2013, 19:13

Może to i dobrze, że Lucyfer spotkał Doumę w takim właśnie miejscu? W tym jazzowym, człowieczym pomieszczeniu nie było nic z wisielczej, pustej i zimnej atmosfery Głębi. I chociaż przed dwójką demonów sterczała nieprzerwanie wpatrująca się w nich barmanka, to miejsce posiadało swoistą przytulność, poczucie prywatności. Może tak właśnie działała anonimowość, która głośno przemawiała na korzyść Ziemi? Zdecydowanie, jednak nie tylko.
Dodatkowo Lucyfer był pewien, że jeśli natarczywa barmanka nie znajdzie sobie jakiegokolwiek innego zajęcia związanego z jej pracą, z pewnością nie wpłynie to na korzyść konwersacji zawiązanej pomiędzy dwoma znajomymi.
Przez dobrą chwilę blondyn wpatrywał się w swojego towarzysza jedynie kątem oka, jakby bardziej zainteresowany swoimi smukłymi, splecionymi ze sobą palcami. Jednak wszystko było bardziej nerwowym, niż olewczym gestem. Niosący Światło musiał dać sobie chwilę, aby przywyknąć do tej całej odmiennej sytuacji.
Prychnął cicho, z rozbawieniem, słysząc to może i pieszczotliwe zdrobnienie, które wymsknęło się z ust Dumy. Przekręcił się nieco w jego stronę, na tym wysokim, niezbyt wygodnym taborecie, żeby móc się dokładnie przyjrzeć demonowi. Westchnął ciężko, widząc go w takim, a nie innym stanie, chociaż zazwyczaj beznamiętne ślepia Pana Otchłani, błyszczały teraz może i w lekkim rozbawieniu. Dowódca wyglądał dość komicznie z tym swoim jawnym zaczerwienieniem od alkoholowych procentów. A wszystko to było przyjemną odskocznią od szarej, przygnębiającej codzienności. Mimo wszystko Lucyfer omijał spojrzenie towarzysza, zawieszając wzrok na szczegółach jego dość kontrowersyjnego wizerunku. Szczególnie jego uwagę zwróciły dwa krzyże - jeden jako kolczyk, a drugi wiszący na łańcuszku. Blondyn skwitował te ozdoby milczeniem, jedynie przejeżdżając kciukiem po swojej dolnej wardze.
- Szczerze? Też nie wiedziałem, że tutaj trafię. - wzruszył ramionami, odpowiadając zgodnie z prawdą. Wodził niespokojnym wzrokiem po swoim rozmówcy, mimo wszystko wciąż delikatnie uśmiechnięty. - Poleć mi coś. Już mam na dzisiaj dość podejmowania jakichkolwiek decyzji. - dodał dość tajemniczo, najwyraźniej nie chcąc rozwijać dalej tego tematu.
Westchnął ciężko, ponownie odwracając się w stronę barmanki. Dziewczyna w obecnym momencie ulotniła się gdzieś, najwyraźniej przypominając sobie o tym, że jednak tutaj pracuje i ma klientów do obsłużenia. A siedziała nad nimi, jak pieprzony sęp czekający na swoją dogorywającą kolację.
- Czemu już mnie nie odwiedzasz, Douma? - spytał po chwili milczenia, na powrót skupiony na swoich palcach. Czyżby Imperator Ciemności miał dość swojej samotności w Pandemonium?

_________________
Powrót do góry Go down
Douma
Dowódca Harab Serapel
avatar

Male
Liczba postów : 18
Data dołączenia : 17/11/2013

PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    Wto 03 Gru 2013, 11:01

Douma dłuższą chwilę analizował w głowie, jaki trunek wybrać dla Lucyfera. Przejechał wzrokiem po półkach za ladą. Nic zacnego nie przychodziło mu dalej do głowy, więc powrócił wzrokiem do Władcy. Począł lekko machać nogami zwisającymi z wysokiego taboretu, trochę w dziecięcym geście, może z przyzwyczajenia do udawania Kwona Ji Yonga, który chcąc nie chcąc, żeby przypodobać się fankom, musiał robić za 'słodziaka' choć w małej części. A może nie? Może to Douma, Dowódca Harab Serapel był tylko maską, a Ji Yong był tym prawdziwym...? Cisza sam nie był tego pewien.
- Tequila jest całkiem niezła. - odezwał się w końcu, prosząc barmankę, która zdążyła już do nich wrócić, żeby przyniosła całą butelkę, a gdy to zrobiła, odprawił ją. Dziewczyna spojrzała na niego z żalem, ale odeszła dając im teraz całkowitą prywatność. Książę Piekła zaśmiał się cicho na jej reakcję.
- Daruj jej natarczywość... Fanki... - westchnął niby zmęczony tego typu sytuacjami. Najwyraźniej nie było to pierwsze zdarzenie tego typu. A sam demon najwyraźniej czerpał z tego jakąś satysfakcję.
- Ale jeśli chcesz się porządnie ściąć, zawsze możemy wbić od kościoła. - zasugerował, gotów iść wszędzie, choćby na dno czeluści, jeśli takie będzie życzenie Niosącego Światło, co zresztą już raz chyba udowodnił. Wbrew ludzkim przekonaniom, demony mogły przebywać w kościołach, a woda święcona była dla nich niczym innym, jak mocnym trunkiem. Od którego zresztą bardzo łatwo było się uzależnić, jak od wody z Lourdes, Krwawych Łez czy trawki z Fatimy.
Na jego słowa, utkwił wzrok na wpół pełnej szklance, przygryzł dolną wargę. "Bo mnie nie wzywałeś." Odpowiedział w myślach, ale zaraz sam siebie poprawił. "Bo mnie nie potrzebujesz... Bo boli, kiedy widzę, jak blisko jesteś z synem swojego wroga... Naszego wroga."
- Nie miałem pojęcia, że chciałbyś się ze mną widzieć. - po części to też była prawda. Douma był przekonany, że Lucyfer traktuje go tylko jako Dowódcę. I że jeżeli go wezwie, otrzyma rozkazy. Nie mógł przypuszczać, że Niosący Światło zatęskni za jego towarzystwem.
- Myślałem, że Zgniły Chłopiec jest aż nadto godnym towarzystwem. - dodał, zanim zdążył ugryźć się w język. Był zazdrosny o Asmodeusza, nie mógł pogodzić się z tym, że choć on znał Lucyfera jeszcze na długo przed tym, jak Samael namówił go do rebelii, nie byle szczeniak, tylko właśnie syn Ryżego Hultaja zagrzał miejsce przy boku Lampki. Na Mrok, czy tylko Cisza był pewien, że któregoś dnia Zgniły Chłopiec wbije Panu Otchłani nóż w plecy? Nie ufał mu. I nigdy nie zaufa.
Znów przypomniał sobie o słowach Samaela. Siedziały wciąż w jego głowie, a procenty już nie potrafiły ich zagłuszyć. Demon opróżnił szklankę jednym haustem, odstawił ją na ladę.
- Co... łączyło Cię z Samaelem? - ośmielił się w końcu zapytać i spojrzeć znów na demona. Przeczuwał, że nie powinien o to pytać. Może nawet liczył na to, że nie otrzyma odpowiedzi... ale z drugiej strony, przecież był ciekaw.
Powrót do góry Go down
https://twitter.com/chibinunu
Lucyfer

avatar

Male
Liczba postów : 15
Data dołączenia : 01/12/2013

PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    Wto 03 Gru 2013, 13:55

Lucyfer doskonale wiedział, że żaden z ludzkich trunków nawet nie mógł równać się z tym, pędzonym przez starego, dobrego Mefisto. Miał tutaj na myśli oczywiście siłę, z jaką klepie. Mimo to nie wyglądał na zawiedzionego, czy niezadowolonego. Gdyby chciał się spić do nieprzytomności, raczej nie robiłby tego w takim miejscu, otoczony z każdej strony Adamowymi dziećmi. Zdecydowanie wolał swój przytulny gabinet, który ostatnio stał się jego ulubionym miejscem. Raczej nikt tam nie zaglądał bez zaproszenia, chyba, że miał jakąś naprawdę ważną sprawę. Albo był Asmodeuszem, który w tym przypadku nie uważał pukania do drzwi za konieczne.
Odprowadził dziewczynę wzrokiem, sięgając po butelkę tequili. Obrócił trunek w smukłych palcach, przyglądając się etykietce, by zaraz napełnić obszerną, porządnie wypolerowaną szklankę, którą wcześniej podała barmanka.
- Daruję. - skwitował krótko, przykładając szkło do ust. Pociągnął niewielki łyk i odstawił szklankę na blat, robiąc to podejrzanie cicho. - Wystarczy, że jeden z nas jest pijany. - dodał z lekkim uśmiechem, który znów na chwilę rozciągnął jego wąskie wargi. Ale ten na pozór rozbawiony wyraz znikł tak szybko, jak zdążył się pojawić.
Pan Otchłani ponownie obrócił się w stronę Dowódcy i popatrzył na niego w milczeniu. W jego wzroku było coś ponurego, może też trochę przykrego. Ale może to za sprawą barwy jego tęczówek? W końcu szary nigdy nie był ciepłym kolorem. Lampka westchnął ciężko.
- Czy ja naprawdę muszę wszystkim wysyłać imienne zaproszenie? Czy za każdym razem czekać, aż ktoś będzie miał jakiś pieprzony interes i przypomni sobie o moim istnieniu? - spytał retorycznie, ale za to jak bardzo gorzko. W jego głosie można było dosłyszeć nutę słabo maskowanego żalu. Może właśnie zamysłem była możliwość załapania tego właśnie uczucia? Z pewnością gdyby Lampka pozostawał w doskonałej kondycji psychicznej, nie wspominałby o takich właśnie rzeczkach.
- Mod najwyraźniej znudził się już moim towarzystwem. - A ja nadal mam do niego o to żal, dodał tylko i wyłącznie w swoich myślach. - A ja sobie bez niego doskonale radzę. Sam. Bez nikogo innego. - brzmiało to niezwykle naciąganie, szczególnie jeśli padało z ust kogoś takiego, jak Lucyfer. Kto, jak kto, ale siedzący obok niego demon, który znał go już od bardzo, bardzo dawna, powinien dostrzec w tych słowach może niezamierzoną, ale jakże prawdziwą, na swój sposób bolesną ironię.
Pan Otchłani pociągnął kolejny, tym razem śmielszy łyk, ze swojej już na wpół pustej szklanki. Douma miał rację. Ta tequila była całkiem niezła. Nic więcej nie można było o niej powiedzieć, nawet jeśli z natury było się uzdolnionym poetą.
Podniósł wzrok znad szklanki, wbijając go ponownie w swojego towarzysza. Czyżby się przesłyszał?
- Dlaczego o to pytasz? - jego wąskie brwi ściągnęły się u nasady nosa, kiedy próbował wyczytać z miny Doumy, czy to pytanie na pewno padło.

_________________
Powrót do góry Go down
Douma
Dowódca Harab Serapel
avatar

Male
Liczba postów : 18
Data dołączenia : 17/11/2013

PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    Sro 04 Gru 2013, 12:18

Cisza zmarkotniał nieco. Widać było, że w tej chwili męczy się, żeby odpowiednio dobrać słowa. Nerwowo postukiwał palcem o pustą szklankę. A jakże, chciał nie raz odwiedzić Lampkę. Teraz żałował, że tego nie zrobił, ale nie mógł do końca stwierdzić, dlaczego. Czy faktycznie obawiał się, że po tysiącleciach przyjaźni Pan Otchłani poszczuje go głębiańskimi psami na dzień dobry? A może po prostu nie chciał widzieć przy nim Zgniłego Chłopca, bo tak bardzo paliła go zazdrość? Niby słyszał ploty, że syn Samaela przebywa teraz na Ziemi, ale nie spieszno mu było fatygować się, żeby sprawdzić ile w tym prawdy.
- Budzisz ogromny respekt wśród swoich lojalnych poddanych... - przerwał na chwilę, znów zerkając na demona ślepiami pełnymi uwielbienia, jak gdyby patrzył na samego Stwórcę. - Jesteś zajęty, nie chciałbym ci przeszkadzać... zawsze jest jakieś ryzyko, że każesz wrzucić mnie do jeziora płomieni, jeśli przeszkodzę ci w strategicznym momencie... - uśmiechnął się lekko, ale nie można by przypuszczać, że żartował w tej kwestii. - Poza tym... wydawałeś się być dość zadowolony przy Asmodeuszu. Nie sądziłem, że na prawdę cię zostawił, ale w sumie czego spodziewać się po nasieniu Samaela... - dolał sobie tequili, ale jeszcze jej nie ruszył. Zdjął w końcu z głowy czapkę, jakby dopiero sobie przypomniał, że nie zrobił tego gdy wszedł do lokalu, i zmierzwił włosy ręką. - Wierz mi, chciałem cię odwiedzić. - "I nie było dnia, żebym o tobie nie myślał...", dodał niemo. Jego ręka powędrowała w stronę dłoni Lucyfera, ale zrezygnował z pomysłu dotknięcia go, tak szybko, jak na niego wpadł. W połowie drogi po prostu udał, że podstawka pod kufle, którą zaczął się bawić, była przedmiotem jego zainteresowania.
- Nie chciałem się narzucać... więc znalazłem sobie rozrywkę tu, przy ludziach. - rozejrzał się po lokalu, szukając czegoś co potwierdziłoby jego słowa. W tej części świata nie było zbytnio śladu jego popularności, ale za to tam, gdzie urzędował, jego gęba była wszędzie. Począwszy od ekranów TV, okładkach kolorowych pisemek, kończąc na szybach transportu komunikacji miejskiej.
Douma zawsze twierdził, że Lucyfer doskonale poradziłby sobie bez Mod'a i może by tak było, gdyby nie długie wieki, które ze sobą spędzili, dzierżąc władzę we dwoje. Oczywiście, zdaniem Ciszy jego przyjaciel radził sobie jako Imperator Otchłani bardzo dobrze, ale może niekoniecznie znosił to dobrze jako... no właśnie. Niosący Światło, jego przyjaciel. Znów poczuł niepohamowaną chęć kontaktu fizycznego ze swoim towarzyszem, i znów z trudem się od tego pohamował. Wolał nie komplikować ich relacji bardziej, niż stało się to samoistnie, gdy zostali strąceni. Odstawił podkładkę na miejsce.
- Wiesz, że na mnie możesz liczyć... Może i nie mam wprawy polityce, ale twoje wcześniejsze słowa potraktuję jako zaproszenie. - zdobył się na nieco bardziej entuzjastyczny uśmiech.
- Spodziewaj się mnie dość często w swoich włościach. - upił łyk trunku, zastanawiając się, czy napój zdoła go jeszcze bardziej ogłupić. W sumie wcale nie pogardziłby mocniejszym upojeniem.
Kiedy temat zahaczył o Samaela na jego własne życzenie, znów stracił resztki pewności siebie, której od zawsze mu brakowało.
- Wykopałeś go z Głębi... - zaczął, utkwiwszy wzrok na swoich dłoniach. Zaczął nerwowo wyłamywać palce. Przypomniał sobie, jak ostatnim razem dał mu się sponiewierać i co gorsza, jak mu się to podobało. Dobrze, że w porę się opamiętał... - Dlaczego go nie zabiłeś? - zapytał w końcu, otrząsnąwszy się ze wspomnień. Podejrzewał, że Ryży Hultaj mógł się z nim tylko drażnić, ale też wcale nie wykluczał możliwości, że łączyły go z Luckiem jakieś bardziej zawiłe relacje.
Powrót do góry Go down
https://twitter.com/chibinunu
Lucyfer

avatar

Male
Liczba postów : 15
Data dołączenia : 01/12/2013

PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    Sro 04 Gru 2013, 15:46

Odstawił pustą już szklankę na blat, chwilowo tracąc nią zainteresowanie. Nie było szans, żeby Pan Otchłani był w stanie upić się tą nieszczęsną tequilą. Przynajmniej nie ilością w mało imponującej liczbie jednej butelki. A i smaku nie miała wybitnego, aby delektować się nią tylko i wyłącznie dla przyjemności.
Demona zastanawiało, ile jego dzisiejszy towarzysz musiał tutaj spędzić czasu, żeby doprowadzić się do takiego stanu. Obserwował go teraz dostrzegając, że chyba musi bić się z czymś w tej swojej głowie. Albo przynajmniej mocno skupiać. Tak wnioskował po jego minie, a znał go już na tyle długo, aby wiedzieć, albo przynajmniej domyślać się, co poszczególny grymas może oznaczać.
- A reszta najchętniej nasrałaby mi na wycieraczkę. - stwierdził z ironicznym uśmiechem, doskonale znając prawdziwość swoich słów. W końcu w całej karierze o dźwięcznej nazwie "Imperator Ciemności" znalazło się już wielu śmiałków, którzy targali się na jego życie. Jedni robili to całkiem przemyślanie, inni mniej, jednak wciąż dawali znać, że w ich oczach władca jest jedynie marnym uzurpatorem, którego najchętniej zmietliby z tronu jednym kopniakiem. I to najlepiej przebijając podłogę w sali tronowej i wbijając do jednego z tych zatęchłych, przerażających lochów.
I tak zawsze wszyscy będą nazywali cię Lampką.
Słuchał tak opinii swojego przyjaciela o Asmodeuszu, zastanawiając się ile w jego słowach jest prawdy. Chociaż Lucyfer wiele razy klął na Zgniłego Chłopca, wytykał w swojej głowie, jak bardzo ma mu to wszystko za złe, jednak gdzieś tam w środku słyszał głos, który niepewnie bronił poczynań Moda. I o dziwo obwiniał samego Lampkę o ów odejście. W końcu, na Mrok! Ile można niańczyć takiego frajera?
- Cisza, przestań się tłumaczyć. Przynajmniej stawiałeś się, jak tego od ciebie wymagałem. A co robiłeś ze swoim wolnym czasem, to już nie moja sprawa. - w jego słabym głosie słychać było, że wcale nie jest z tego powodu zadowolony. Wręcz przeciwnie. Można by nawet śmiało stwierdzić, że jest mu z tego powodu nawet przykro. Cóż, nieprzyjemnie jest zostać zastąpiony nowymi przyjaciółmi. A i tak wiedział, że finalnie zostanie sam. Zawsze tak jest. - Nie obiecuję, że nie będę wtedy zajęty, ale spróbować zawsze możesz. Mam zapas naprawdę dobrego wina i może będę w stanie się nim podzielić.
Wspomnienie o Modzie i Samaelu zwyczajnie zignorował, mając nadzieję, że ten temat już nie powróci. Nie wiedział, jak bardzo się mylił. Kiedy usłyszał kolejne pytanie dotyczące Ryżego Hultaja, natychmiast odwrócił wzrok od Doumy. Zbladł jak ściana, robiąc to jak na zawołanie. Jedna z rąk powędrowała na ogolony kark i zaczęła go pocierać, w słabo maskowanym zakłopotaniu. Chociaż rozmówca nie zachowywał się natarczywie, pan Otchłani najwyraźniej czuł się zaszczuty treścią zadanego mu pytania. I namiętnie teraz walczył w swojej głowie, argumentując każdą z obecnie dostępnych opcji.
- No i co by mi niby dała jego śmierć poza zabrudzonym mieczem? Całe pieprzone nic. - odezwał się po chwili milczenia, w której najwyraźniej układał sobie miniaturowy plan działania. Mimowolnie zacisnął wolną dłoń w pięść, przyciskając ją do blatu baru. - Chociaż po tym, co mi zrobił, powinienem zapomnieć o cholernych skrupułach i naszej wspólnej przeszłości, i utopić go w gównie. - dodał, automatycznie wykrzywiając wargi w nieprzychylnym grymasie. - Wielu dosłownie skakałoby z radości. Jeszcze sprzedawałbym na to bilety. Każda osoba skrzywdzona przez Samaela wchodzi za free.
Może trochę się rozpędził, ale najwyraźniej siedzenie w samotności nie służyło mu nazbyt dobrze. Cóż, jeżeli jako godnych rozmowy towarzyszy ma się tylko i wyłącznie kelpie.

_________________
Powrót do góry Go down
Douma
Dowódca Harab Serapel
avatar

Male
Liczba postów : 18
Data dołączenia : 17/11/2013

PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    Czw 05 Gru 2013, 12:40

Duma słuchał przyjaciela, coraz bardziej zdając sobie sprawę, że może zamiast się użalać na swój los i na to, jak Asmodeusz wygryzł go z życia Lucka, może powinien był bardziej postarać się o to, żeby nie został odepchnięty w kąt. Zwłaszcza, że chyba jednak wcale tak nie było. Może w innej sytuacji, gdyby Lucyfer nie był tym, kim jest dla Ciszy, pycha tego drugiego byłaby mile połechtana, że Pan Ciemności dopomniał się o jego towarzystwo. W tym jednak przypadku ogarniało go tylko poczucie winy za własny egoizm. No bo co on robił, kiedy Lucek sczeznął sam w Pandemonium? Pieprzył się po kątach i bawił w gwiazdora. Wymyślał kolejne pseudoargumenty, dla których nie powinien zawracać staremu kumplowi głowy.
- W takim razie nie pozbędziesz się mnie już tak prędko. - opróżnił szklankę i odwrócił ją do góry dnem. Jemu wystarczy, przynajmniej na razie. Zdecydowanie miał zbyt słabą głowę, jak na demona.
Kiedy Lucyfer opisywał potencjalny sposób zabicia Ryżego Hultaja, na samą wizję tego usta Ciszy wykrzywiły się w uśmiechu. Może w jakiś sposób zdążył przywiązać się do Samaela, ale mimo wszystko wcale nie pogardziłby takim show. Jakaś część Doumy, ta odpowiedzialna zachęć mordu i łaknąca krwi, jeszcze się nie straciła. Chociaż nie mógł przypomnieć sobie, jak to było służyć w armii królestwa. Akurat tamtą służbę pamiętał najmniej wyraźnie, a przecież lubił walczyć... To trochę, jakby stracił bojowego ducha, kiedy upadł. Mimo wszystko fakt, że jeszcze tutaj jest i nie poległ w żadnej bitwie świadczył o tym, że nie zapomniał niczego, czego się nauczył na szkoleniach.
- Jeśli nie chcesz brudzić swojego miecza, możesz nasłać na niego mnie. Ot tak, dla zabawy. - zaproponował, doskonale wiedząc, na co się pisze. Samael był od niego starszy, bardziej zaprawiony w bojach, silniejszy. Sam obraz drobnego Ciszy przy barczystym Samaelu wyglądał śmiesznie. Był Serafinem, a Duma stworzony był jako zwykły Archanioł. Potem zaciągnął się do wojska, został wyszkolony, ale to nie zmieniło tego, kim był. Niemniej jednak, ten niepozorny na pewno zdołałby w jakiś sposób tamtego dotkliwie zranić, tego był pewien. Ale prawdopodobnie nie wyszedłby cało z walki jeden na jednego. Z własnej arogancji Duma miał chęć sam sprowokować tę walkę, ale wolał służyć tylko rozkazom Lucyfera. Dawało mu to o wiele większą satysfakcję, niż można byłoby przypuszczać.
Bezskrzydły oparł głowę o bark Niosącego światło, objął jego ramię.
- Właśnie o to mi chodzi. - odezwał się dopiero po chwili. - O waszą wspólną przeszłość. - dodał, ale nie zdobył się na zerknięcie w górę, na twarz Lucka. Wiedział, że zaczyna wnikać w coś, w co zdecydowanie nie powinien i pewnie powstrzymałby się od tych pytań, gdyby nie stan lekkiego upojenia.
Powrót do góry Go down
https://twitter.com/chibinunu
Lucyfer

avatar

Male
Liczba postów : 15
Data dołączenia : 01/12/2013

PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    Czw 05 Gru 2013, 13:31

Nawet jeśli Duma wymyśliłby jakąś naprawdę solidną wymówkę, która względnie usprawiedliwiałaby jego czyny i tak nie zaspokoiłoby to samego Lucyfera. Co, jak co, ale Pan Otchłani szczerze wątpił w to, że któryś z jego będących na Ziemi przyjaciół miał aż tyle na głowie, żeby nie znaleźć czasu na odwiedziny. Nie wymagał wiele. W końcu nie kazał siedzieć przy sobie całych dób, na Mrok. Czy krótkie spotkanie przy winie było aż takim wyzwaniem? Nie wysyłał im zaproszeń, nie nagabywał. Czekał, aż któreś z Demonów odwiedzi go z własnej inicjatywy, która nie będzie podszyta prośbą, czy oczekiwaniem na nowe rozkazy.
Finalnie blondyn postanowił zarzucić ten temat. Nic by już nie wynikło z dalszego drążenia go. No, może oprócz większego żalu wywołanego zarówno u Lucka, jak i u jego rozmówcy. Skoro Duma wyszedł z taką, a nie inną obietnicą, musiało tam go coś tknąć.
Oczywiście z tym całym topieniem rudzielca w gównie przesadził. Zapewne, gdyby miał taką okazję, co najwyżej kopnąłby Samaela w dupę i to też najlepiej za pośrednictwem swojej straży. Zwyczajnie nie chciał go widzieć. Bał się, że znajdując się w jego towarzystwie, mógłby znowu stracić głowę. Zarówno nie ufał jemu, jak i samemu sobie. Chociaż wiedział, że trochę się zmienił i różnił się od Lucusia sprzed buntu, jednak zbyt wiele w nim pozostało z tej naiwności i niepewności. Jasne, każdy mógł sobie grać twardziela, ale przez jak długo?
Tego właśnie obawiał się Pan Otchłani.
- Daj spokój, przyjacielu. Nawet jakbym przyszedł z jego głową na złotej tacy do samego Gabrysia, to i tak znowu skończyłbym tam na dole. - miał na myśli oczywiście swoją ulubioną Głębię, do której nigdy nie pozbędzie się awersji. - Ten sukinsyn jest sprytny, a ja nie chcę nikogo narażać. Szczególnie przyjaciół. Dopóki go nie widzę, niech gdzieś tam sobie wegetuje. Mam to w dupie.
Nie chciał nawet myśleć o konsekwencjach starcia pomiędzy Dowódcą Harab Serapel, a Ryżym Hultajem. Żaden ze spodziewanych wyników by go nie zadowolił, ale o tym wolał nie wspominać.
Spiął się cały, kiedy poczuł, jak Cisza się do niego zbliża, kładzie na nim głowę, łapie za ramię. Zesztywniały, rzucił spojrzenie na towarzysza, marszcząc delikatnie brwi. Nie do końca rozumiał, dlaczego jego przyjaciel właśnie tak postąpił, ale Lucek nawet nie zaprotestował. Jedynie czuł się bardzo nieswojo i nie odnajdywał się w tej sytuacji. Ale Douma powinien być przynajmniej zadowolony, że Pan Ciemności nie zareagował negatywnie na ten cały kontakt fizyczny. A jeśli liczył na odwzajemnienie tego przyjemnego gestu, na razie nie miał na co liczyć. To nie Lampka był tutaj tym pijanym.
Lucyfer odchrząknął. Przez dobrą chwilę mocno zastanawiał się, czy powiedzieć i ile powiedzieć prawdy. Pocieszał się tym, że zawsze mógł odmówić jakichkolwiek wyznań, bo nie czuł się dobrze w roli narratora opowiadającego o swojej przeszłości. Z drugiej strony, to wszystko było tak bardzo dawno temu. A Douma zasługiwał na szczerość. W końcu był jednym z najwierniejszych i stał przy Lucyferze od samego początku.
- Byliśmy bliżej, niż przyjaciele. Jeśli wiesz, co mam na myśli. - stwierdził enigmatycznie, w dodatku znacznie ściszając głos. Liczył, że Cisza nie będzie miał problemu z interpretacją jego słów. Najwyraźniej nie był z tego dumny, a nawet brzydził się swoją przeszłością, dlatego nie mówił o tym wprost. Wolał nie nazywać tego po imieniu, bo jego żołądek i tak był już nienaturalnie ściśnięty. - To znaczy... dla mnie tak było. A on to wykorzystał. Koniec historii. - Lampka miał nadzieję, że jego przyjaciel nie będzie zadawał szczegółowych pytań i zadowoli się jedynie tymi ogólnikami. Nie wyobrażał sobie, żeby miał opowiadać o tym, jak Samael mu wiele obiecywał, a on, jak jakiś frajer, naiwnie we wszystko wierzył. Imperator Piekieł nie mógł być przestawiany w takim świetle, chociaż wiedział, że ta historia nie zdziwiłaby jego przyjaciół. Zarówno obecnych, jak i tych dawnych, którzy znali go jeszcze sprzed buntu.

_________________
Powrót do góry Go down
Douma
Dowódca Harab Serapel
avatar

Male
Liczba postów : 18
Data dołączenia : 17/11/2013

PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    Pon 09 Gru 2013, 12:06

Dowódca Harab Serapel wcale nie liczył na odwzajemnienie uścisku, czy nawet poklepanie po głowie, jak szczeniaczka. Właściwie, nie spodziewał się, że Lampka chociażby pozwoli mu na obejmowanie się, i to w miejscu publicznym. Ręce Doumy nieznacznie zacisnęły się nieco mocniej na ramieniu Głębianina, kiedy ten wyznał relacje łączące go z Samaelem. Co prawda Cisza spodziewał się tego, zapytał tylko po to, żeby mieć potwierdzenie, ale przecież gdzieś tam w nim była iskierka nadziei, że banita tylko się z nim drażnił. Wcześniej, Duma nienawidził go tylko za to, że przez niego zarówno on sam, jak i Niosący Światło mieli już nigdy nie powrócić do Królestwa. Teraz miał kolejny powód do tego, by nie pałać entuzjazmem gdy kolejny raz go spotka. Tak czy inaczej, Duma potrafił zrozumieć, co też Lucek mógł widzieć w Ryżym Hultaju, może nawet bardziej, niżby chciał. I może właśnie dlatego powinien go w przyszłości unikać. Na Mrok, jakby spojrzał przyjacielowi w oczy, gdyby swego czasu w pewnym momencie nie dotarło do niego, z kim właściwie zaczął się spoufalać? Przecież chciał tego, nawet jeśli zaprzeczał sam sobie. Samo wspomnienie dotyku Samaela nie było dla niego wcale nieprzyjemne. A powinno.
Szybkim ruchem przetarł oczy wierzchem dłoni. Można byłoby przypuszczać, że otarł łzy, ale kiedy w końcu puścił Lucka i podniósł wzrok, wcale nie wyglądało na to, żeby przed chwilą uronił chociaż jedną. Pan Otchłani jednak znał go na tyle dobrze, że pewnie wcale by się nie zdziwił, gdyby tamten zaczął kwilić. Duma miał to do siebie, że często nie potrafił pohamować łez, kiedy był wściekły.
- Przepraszam, że o to pytałem. - na tym faktycznie temat miał się skończyć. Cisza nie chciał wyciągać nic więcej, zresztą rozmowa na ten temat z pewnością nie była przyjemna dla jego towarzysza.
- Skoro opuściłeś Głębię... może chcesz odwiedzić swojego doradcę? - zdobył się na lekki uśmiech. Jemu samemu nie widziało się odwiedzać Moda, nie miał ochoty oglądać jego parszywej gęby. Sądził jednak, że Lucyferowi dobrze zrobiłoby takie spotkanie. Nie wiedział, gdzie zadomowił się Zgniły Chłopiec tu, na Ziemi, ale nie wątpił, że Lucek wie. Mogli się przecież bez większych problemów przenieść i na drugi koniec świata, jeśli mieliby skrawek latającego dywanu. A może nawet nie był on potrzebny, jeśli Mod mieszkał blisko.
- Pewnie miałby coś bardziej wyszukanego, niż to co tutaj podają do picia. - wzruszył ramionami. Czekał na decyzję przyjaciela. Gdyby ich spotkanie przyniosło zamierzony rezultat, pewnie Cisza odszedłby tak, jak to miał w zwyczaju. Prędko i niezauważenie. Ale o tym przecież nie musiał mówić.
Powrót do góry Go down
https://twitter.com/chibinunu
Lucyfer

avatar

Male
Liczba postów : 15
Data dołączenia : 01/12/2013

PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    Pon 09 Gru 2013, 17:03

Lucyfer przyjął z ulgą krótką i nieciągnącą za język odpowiedź jego towarzysza. Cały czas utwierdzał się w tym, że jeśli nie miałby ochoty rozmawiać na ten temat, mógłby go po prostu zamknąć. W końcu był wyżej postawiony rangą od swojego rozmówcy, prawda?
Ale zaraz, kogo on chciał oszukać. Wiedział, że jeśli Douma spojrzałby na niego tymi maślanymi ślepiami, to i tak finalnie by się odważył co-nieco mu opowiedzieć. Oczywiście potem by tego żałował, wychodząc na ostatniego frajera, szczególnie pod względem swojej kompromitującej przeszłości. Ale Lucyfer czasem aż się dziwił. Doskonale pamiętał, jak latał za Samaelem po tych rajskich ogrodach jak piesek i nikt tego nie zauważył? Rzecz jasna nie licząc jednego z obecnych wtedy Serafinów, który miał zaszczyt przyłapać ich niemal na gorącym uczynku.
Albo Lucek dobrze krył te swoje rumieńce i malinki, albo to inni byli mało spostrzegawczy.
Pana Otchłani wyrwał z zamyślenia ruch Dumy. Demon oderwał się od niego, a jeszcze chwilę temu był przytulony do jego ręki. Lampka zamrugał kilkukrotnie, żeby pozbyć się tego bezmyślnego wzroku, który podczas jego małych wspominek utkwił w pustej szklance po tequili.
- Duma, przestań się tak stresować, bo się jeszcze spocisz. - odpowiedział mu tonem, jakby nic się właśnie nie stało. Jakby Lucio tak naprawdę wcale nie wyznał głównego powodu, przez który spowodował niesławny bunt. Albo raczej czynnika, który solidnie się do tego przyłożył. Ale wszystko to było jedynie ułudą, grą wartą świeczki. Lucyfer udawał, że nie czuje się źle, a otaczający go przyjaciele wchodzili w tę wesołą zabawę, narzuconą rolę i udawali, że nie widzą, jak ich, powiedzmy, że Władca, cierpi.
Cisza dzisiaj przebijał wszystko swoimi niewygodnymi pytaniami. Gdyby Lucyfer rozdawał nagrody dla aniołków i demonów, którzy wprawiali go w niezręczność, z pewnością Douma wygrałby w tym miesiącu. Cóż, mógł się na to przekładać fakt, że Imperator Otchłani w ciągu ostatnich kilku tygodni niezbyt często opuszczał swój gabinet, ale to nie miało znaczenia.
- Postaw się w mojej sytuacji. - Lucyfer swą wypowiedź zaczął naprawdę neutralnie, może trochę zmęczonym głosem. Uniósł wyprostowany palec wskazujący, jakby chciał zwrócić na siebie uwagę Dumy, który zapewne i tak cały skupiał się na swoim Władcy. - Jesteś sobie z przyjacielem. Wszystko jest ładnie, pięknie, aż nagle przyjaciel, kiedy go potrzebujesz, postanawia cię kopnąć w dupę i idzie sobie, cholera wie po co, na Ziemię. Udajesz, że ciebie to nie obchodzi, że radzisz sobie sam, bo jesteś już dużym chłopcem. Ale co? Nie odwiedzisz już przecież tego przyjaciela, bo i tak jesteś na niego zły i się zawiodłeś. Nazwijmy rzeczy po imieniu - zostawił cię. Więc czekasz, aż on wyciągnie rękę. A potem zacznie to robić coraz częściej. Dlatego nie chcę odwiedzić swojego doradcy. - skończył swoją wypowiedź z wyraźnym podirytowaniem wymalowanym na jego jak dotąd obojętnej, może czasem rozbawionej twarzy. - Ziemia jest super. - dodał tylko i nie wiadomo było, czy mówi to sarkastycznie, czy szczerze i z przekonaniem. Wpatrywał się w butelki poustawiane za barem, najwyraźniej nie chcąc, aby Cisza wyczytał cokolwiek z jego twarzy, czy oczu.

_________________
Powrót do góry Go down
Douma
Dowódca Harab Serapel
avatar

Male
Liczba postów : 18
Data dołączenia : 17/11/2013

PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    Wto 10 Gru 2013, 09:22

Duma wyszczerzył się w uśmieszku niby słodkim, ale jednocześnie kryło się za nim coś wrednego. Miał się postawić na jego miejscu? Gdyby tak było, Zgniły Chłopiec dawno straciłby łeb. W końcu nie sympatyzował się z nim, ale ile razy miał to sobie jeszcze przypomnieć?
- W twojej sytuacji, Lucyferze, poszedłbym do niego już dawno, wywalił drzwi kopniakiem, wywrócił stół i oznajmił, że albo wraca ze mną do Głebi, albo ja zamieszkam u niego. - oznajmił bez chwili zawahania.
- Na pewno umiera z tęsknoty. - stwierdził, i wcale nie było w jego słowach żadnej kpiny czy sarkazmu. On sam przecież w duchu kwilił za Luckiem w każdej żałosnej chwili swojego życia, kiedy go przy nim nie było.
- Jak go właściwie poznałeś? - zapytał, zdając sobie sprawę, że nawet nie pamięta, kiedy Mod zjawił się w Pandemonium. - Znalazłeś w koszyku? Samael podrzucił ci go na wycieraczkę, kiedy był jeszcze słodkim brzdącem, a ty postanowiłeś go przygarnąć w chwili przypływu sentymentów do rudzielca? - nie zamierzał brzmieć wrednie i też nie wydawał się jakoś szczególnie zainteresowany. Obracał w dłoni pustą szklankę i może rozważał, czy nie zacząć ponownie się upijać. Pomagało mu się to nieco odstresować, ale na pewno nie pomagało w panowaniu nad swoimi emocjami. Swoją iluzją, która nie miała przyciągnąć uwagi nikogo innego, prócz jego demonicznego towarzysza, stworzył na ladzie miniaturkę czarnego smoka, ponoć uważanego za najgroźniejszego i najbardziej przerażającego, ze wszystkich.  Mini-smoczysko machnęło skrzydłami kilka razy i poczłapało do Niosącego Światło. Wcale nie zachowywał się, jak bezlitosna bestia. Nie odwzorowywał zachowania dzikiego gada, a raczej samego Dumy. Otarł łuskowaty łeb o nadgarstek Lucyfera, wydając z siebie coś, co przypominało pomruk. Z nozdrzy wypuścił kłębki dymu. Sama iluzja nie była większa od dłoni Głębianina. Oczywiście, Lampka nie miałby najmniejszych problemów z odpędzeniem tej iluzji, w końcu był od Dumy o wiele potężniejszy.  
- Nie zaciągnę cię nigdzie siłą. - westchnął, utkwiwszy wzrok w wyimaginowanym smoku. Lubił te stworzenia. - Chciałbym tylko choć raz przyczynić się do tego, żebyś, no wiesz... był szczęśliwy? - wlepił w Lampkę ślepia pełne bezkresnej lojalności i wiernego oddania. - A przynajmniej, żebyś przestał się czymkolwiek martwić, chociaż przez jedną dobę. - dodał, czując że jego policzki poczerwieniały nieco bardziej, tym razem wcale nie ze względu na upojenie. Czym prędzej spuścił wzrok, sięgnął po swoją czapkę, zwalczając odruch, by nie schować w nią swojej twarzy. Stworzona iluzja zaczęła migać, jakby gotowa zniknąć, a sam smok zachował się podobnie do Dumy, kiedy schował łeb pod swoimi skrzydłami. Kiedy Demon ponownie na niego spojrzał, pojawił się znów wyraźny i zwinął w kłębek przy dłoni Lucyfera, opierając pysk na jego nadgarstku. Cisza wziął kilka głębszych oddechów, a potem dolał sobie tequili do pustej szklanki, którą wcześniej się bawił.
- Ziemia jest super. - powtórzył po nim, ale wyjątkowo entuzjastycznie. Demonowi podobało się tutaj, lubił Synów Adamowych, z czym zresztą się nie krył. - Wpadnij kiedyś na mój koncert. - wyszczerzył się słodko, pociągnął łyk ze szkła. Wprawdzie nie mógł sobie wyobrazić Lucka stojącego wśród tysięcy ludzkich, rozwrzeszczanych niewiast, ale nie pokładał też nadziei w to, że tamten znajdzie czas na coś tak błahego.
Powrót do góry Go down
https://twitter.com/chibinunu
Lucyfer

avatar

Male
Liczba postów : 15
Data dołączenia : 01/12/2013

PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    Wto 10 Gru 2013, 14:28

Przypomniał sobie o butelce, w której było jeszcze całkiem sporo ziemskiego alkoholu. Sięgnął po nią i ponownie napełnił swoją szklankę. To samo zrobił ze szkłem Doumy, nie pytając go nawet o to, czy życzy sobie dolewki. To nie miało znaczenia. Jeśli nie będzie już chciał, a wyglądał już na wstawionego, po prostu to zostawi. Co prawda niewiele Demonów odmawiało sobie wszelakich używek, jednak i takie przypadki się zdarzały. Zresztą kto nie napiłby się z Panem Otchłani? Co prawda wiele osób zainicjowałoby taką sytuacją tylko i wyłącznie po to, aby dolać trucizny do jednej, konkretnej szklanki, ale nie zmieniało to faktu.
- Cisza, serio? - spytał z jawnym sceptycyzmem w głosie, uśmiechając się kącikiem ust. Nawet uniósł brwi, spoglądając na swojego przyjaciela. Nie wyobrażał sobie takiej szopki w swoim wykonaniu. Nie to, że nie miał śmiałości. Wiele razy jego doradca doświadczał wszelakich humorków Władcy Piekieł i zdarzało mu się czasem unieść. Może za bardzo dawał ponieść się emocjom. Jednak Lucyfer był na to zbyt dumny. Mimo wszystko zbyt wysoko zadzierał podbródek. - Żeby znowu wystawił mnie za drzwi? Powiedział, że nie obchodzą go moje problemy i mam wracać do swojej żałosnej Głębi? Już nie chcę tego słuchać. - machnął smukłą, bladą dłonią, jakby chciał odgonić temat Asmodeusza, który powrócił jak bumerang. - Dlaczego tak bardzo chcesz gadać o Modzie? Sprawia ci to jakąś chorą satysfakcję?
Patrzył na Dumę szarymi oczami. Mimo tej krótkiej, niesprawiającej mu żadnej przyjemności, wymiany zdań o Asmodeuszu, a wcześniej o jego ojcu, Lucyfer spoglądał na swojego przyjaciela przychylnym wzrokiem. Dopiero, gdy na barowej ladzie pojawił się twór Ciszy, blondyn skupił się całkowicie na nim. Doskonale znał możliwości swojego podwładnego, dlatego miniaturowy smok nie zdziwił go nawet przez chwilę. Pomimo braku efektu zaskoczenia, Niosący Światło za każdym razem pozostawał zachwycony iluzjami. I tym razem nie było inaczej. Nie wmawiał sobie, że jest to jedynie twór wyobraźni Dumy. Przyjął stworzenie, jak prawdziwe i nawet pogłaskał je delikatnie po łebku wskazującym palcem. To wywołało na jego ustach nieco szerszy, bardziej pogodny uśmiech. I co najważniejsze, był on w pełni szczery, ani trochę niewymuszony.
Smok zaczął migać, jakby wpływały na niego jakieś zakłócenia. Lucyfer oderwał od niego wzrok i skierował go na Dumę, który wyglądał na nieźle zawstydzonego. Nic dziwnego. Jego, jak miał nadzieję, szczere słowa były naprawdę budujące dla Władcy Otchłani. Aż nie mógł się powstrzymać i zmierzwił swojemu przyjacielowi włosy, przejechał opuszkami palców po uchu, policzku, szczęce. I zabrał szybko rękę. Tak jakby to miało sprawić, że ten względnie czuły gest po prostu nie miał miejsca.
- To wymyśl coś. Bo ja już nie umiem siebie uszczęśliwić. Jestem otwarty na propozycje.
Lucyfer wyprostował palce i skierował otwartą dłoń w stronę iluzji w kształcie smoka. Miał nadzieję, że stworzenie wejdzie na rękę i pozwoli się sobie bliżej przyjrzeć. Pan Otchłani, z niewielu zwierząt w rządzonej przez siebie krainę, właśnie lubił smoki. W końcu sam miał jednego.
- Chyba podziękuję. Ale jesteś w stanie dać mi kiedyś jakiś prywatny koncert, co? Bo przez to, że Ziemia jest taka super - zawiesił na chwilę głos, spoglądając na przyjaciela oskarżycielskim tonem. - zapomniałem już, jak śpiewasz.

_________________
Powrót do góry Go down
Douma
Dowódca Harab Serapel
avatar

Male
Liczba postów : 18
Data dołączenia : 17/11/2013

PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    Wto 10 Gru 2013, 21:00

Może i dowódca pociągnął temat Moda nieco za bardzo. Może chciał usłyszeć, czy z nim też nie łączą Lucka jakieś bliższe relacje, jak to było w przypadku jego ojca. Douma był chorobliwie zazdrosny, co zresztą poskutkowało tym, że od wielu lat nie odwiedzał Pandemonium. Może i zazwyczaj nie okazywał tego jakoś wybitnie dotkliwie, to potem dawał swojej frustracji upust na ziemskich przyjaciołach, a oni, o dziwo, znosili to cierpliwie.
- Nie... - zaczął, nie wiedząc za bardzo jak się z tego wytłumaczyć. - Nie lubię go. Nigdy nie lubiłem. - przyznał się w końcu, nie mając do dziś pojęcia, czy Pan Otchłani wiedział, czy nie, jak bardzo bezskrzydły był zazdrosny i wściekły na Asmodeusza, za sam fakt jego istnienia. - Może liczyłem na to, że wyznasz żałość ku temu, iż nie zdusiłeś go przy pierwszym spotkaniu. Wybacz, to pewnie dla ciebie drażliwy temat. Postaram się już o nim nie wspominać. - wypił szybko zawartość szkła. Zaczynał się irytować, że ziemski alkohol nie jest w stanie doprowadzić go do tak lichego stanu, jakby aktualnie chciał.
I w końcu się doczekał, ujrzał ten jeden jedyny uśmiech za który dałby obedrzeć się ze skrzydeł po tysiąckroć. Ciszę łatwo było zaskoczyć, kiedy skupiał uwagę na czymkolwiek innym, a teraz pochłonął go w zupełności widok Lucyfera ze swoją iluzją. Nie spodziewał się kompletnie, że tamten będzie chciał go dotknąć, przez co zastygł w bezruchu z wybitnie zaskoczonym wyrazem twarzy i jeszcze większym pąsem, kiedy poczuł jego dłoń najpierw na włosach, potem na twarzy. Nim zdążył jakkolwiek zareagować, Pan Otchłani zdążył już zabrać dłoń, a do Doumy w końcu dotarło, co się stało. Uśmiechnął się szeroko, przytykając dłoń do miejsca, w którym przed chwilą znajdowała się dłoń Władcy. Usiłował nie dać po sobie poznać, w jak wielką euforię wprowadził go Lucek ledwie muśnięciem, ale i tak mu to nie wychodziło. Zniszczyłby każdego, kto ośmieliłby się wtrącić między ich towarzystwo. Skupił się znów na iluzji, zanim miniaturowy smok zdążył zniknąć.
- Wiesz, że najlepiej się sprawdzam tylko pod rozkazami. Z reguły potrafię zepsuć najważniejsze momenty w życiu, lepiej nie dawać mi wolnej ręki. - przyznał zgodnie z prawdą. Już dawno temu przywykł do bycia ofiarą losu. Jeśli 'coś' się Ciszy udawało, działo się to zupełnie przypadkiem, a gdy się starał zrobić coś sam, uzyskiwał kompletnie odwrotne rezultaty. Może też dlatego często wykorzystywał brak rozkazów, by uniknąć niepotrzebnych bójek. Pomogło mu to też z czasem utemperować charakter, choć nie wiadomo, czy to dobrze...
Kiedy Lucyfer wyciągnął dłoń w stronę iluzji, smok natychmiast wdrapał się na jego ramię. Łuski 'zwierzęcia' lśniły, tułów i nozdrza poruszały się, jak gdyby na prawdę oddychał. Rubinowe ślepia zerkały na Niosącego Światło w ten sam sposób, co kreator tej iluzji, a po chwili smoczek dziabnął demona w ucho, wcale nie boleśnie, a raczej w pieszczotliwym geście. Potem jego pysk otarł się o policzek Lucka.
- Oczywiście. Ale lepiej poczekam z tym, aż będziemy u siebie. - kilka lat temu Duma przestawał już odbierać Pandemonium jako swój dom, i może nawet przemknęło mu przez myśl,żeby nie wracać tam przez następne dekady. Teraz zdecydowanie chciał to zmienić. Żałował w duchu że nie może chociaż na chwilę stać się wykreowanym przez siebie, miniaturowym smokiem. Mógłby przynajmniej bez przeszkód, konsekwencji i oporów połasić się do Lucyfera.
Powrót do góry Go down
https://twitter.com/chibinunu
Lucyfer

avatar

Male
Liczba postów : 15
Data dołączenia : 01/12/2013

PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    Wto 10 Gru 2013, 21:53

Nie odezwał się już na temat Asmodeusza, chociaż na usta cisnęło mu się wiele rzeczy. Od zwykłych marudzeń, po naprawdę przykre i dość żałosne wyznania. Oczywiście nie przyznałby w tym momencie Dumie racji. Chociaż był cholernie zły na swojego doradcę, zawiódł się na nim i bardzo chciał, żeby wrócił, to nigdy nie pomyślał o niczym, co mogłoby się wiązać z pozbawieniem go życia. Owszem, chciał, żeby Mod dostał po dupie. Najlepiej mocno, żeby nie mógł przez kilka dni siadać, ale nie żałował żadnej chwili, która została spędzona ze Zgniłym Chłopcem. Brzmiało to może naiwnie i dziecinnie, jakby Lucyfer nie miał odwagi, aby ukarać swojego przyjaciela. A uważał, że miał powody i to całkiem spore. Mimo wszystko zbyt go lubił. Jeśli to można było jeszcze nazwać sympatią, a nie czymś znacznie większym i silniejszym.
Jak mógłby nie dostrzec reakcji Dumy na ten prawie nic nie znaczący dotyk? Bo czym było zaledwie muśnięcie opuszkami palców, jeśli nie niczym ważnym. Przynajmniej tak zdawało się Lucyferowi, który jedynie chciał zainicjować jakiś miły gest. A nie zdarzało mu się to nazbyt często, szczególnie w miejscach publicznych. I szczególnie przy osobie, od której zdążył się odzwyczaić. Jednak szybko udawało mu się naprawić ten kontakt, dlatego nie zachowywał się na aż takiego zdystansowanego, jakim był przy bardziej obcych osobach.
- Wiem, ale to chyba nie jest aż tak ambitne zadanie. Albo to ja jestem zdesperowany. - uśmiech Lucyfera nieco zbladł, ale wciąż wyglądał na szczery, a to było najważniejsze. Wpatrywał się to w Dumę, to w swoją szklankę, z której powoli upijał zawartość. Robił to już raczej machinalnie, niż dla jakiejkolwiek chęci. Ani nie smakowało, ani nie klepało. Tak, jakby pił wodę. - Ale nie zaszkodzi spróbować, nie? Skoro tak bardzo zależy ci na uszczęśliwieniu mnie.
Pozwolił smokowi wejść na ramię. Zaśmiał się cicho, kiedy ten dziabnął go w ucho. Spoglądał na niego, obracając nieco głowę. Lucyfer nie był pewien, czy tylko mu się zdawało, czy było to efektem zamierzonym, ale iluzja wydawała się jeszcze bardziej widowiskowa. I przymilna.
- Znajdź mi takiego. To wystarczy. - odezwał się po chwili, nie mogąc powstrzymać się, aby nie dotykać stworzenia. Uśmiechał się gorzko, doskonale wiedząc, że jest ono tylko i wyłącznie iluzją, i tak naprawdę Pan Otchłani wymagał teraz od swojego przyjaciela niemożliwego.
Lucyfer spojrzał wnikliwie na Dumę, marszcząc brwi. Bynajmniej jego stalowe ślepia nie wyglądały teraz na ani trochę groźne. Raczej podejrzliwe i niepewnie, jakby Władca Piekieł przyjmował, że właśnie się przesłyszał.
- "U siebie"? - powtórzył, akcentując słowa zaczerpnięte z wypowiedzi Demona. Oczy Niosącego Światło zabłysły, ale nic więcej nie dał po sobie znać. Może już doskonale wiedział, że jeśli robisz sobie nadzieję, bolesne będzie, gdy okaże się ona jedynie infantylnymi pragnieniami? - Chcesz powiedzieć, że wracasz dzisiaj ze mną?

_________________
Powrót do góry Go down
Douma
Dowódca Harab Serapel
avatar

Male
Liczba postów : 18
Data dołączenia : 17/11/2013

PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    Pią 13 Gru 2013, 10:38

Gdyby Dumę dotknął kto inny, z pewnością by tak nie zareagował. Co innego, gdy czeka się na jakikolwiek dotyk tysiące, albo raczej miliony lat. Nie mógł się przecież spodziewać, że w tym tysiącleciu do tego dojdzie, prawda? Dalej ciężko mu było w to uwierzyć.
- Nie sądzę, żeby coś na tej planecie było w stanie cię rozerwać. Nad tym też popracujemy, jak wrócimy. - to wcale nie tak, że próbował zyskać na czasie. Po prostu był pewien, że zwykłe 'ludzkie' rozrywki, jakimi od kilku czy kilkunastu lat regularnie poddawał się tutaj, a które jemu samemu najwyraźniej wystarczały, nie byłby dla Lucyfera dość zajmujące. Były takie momenty, że były Anioł Śmiertelnej Ciszy chciał być człowiekiem. Mieć ich błahe problemy, ich z pozoru nudne życie, starzeć się razem ze swoimi kumplami i m o ż e  kiedyś spłodzić potomka, który nie byłby wyklęty i odrzucany przez żadną rasę. Równie nudnego i zwyczajnego, jak on w czystej ludzkiej postaci. Słyszał co prawda historię o aniele Arielu, którego Jasność zamieniła w człowieka, kiedy usilnie o to błagał. Ale Douma nie miał prawa prosić Pana o cokolwiek. W końcu był demonem. Jego lojalność wobec Pana Otchłani okazała się być większa, więc w oczach Stwórcy żadnych łask nie uzyska. Zerknął znów na towarzyszącego mu demona. Zważając na to, że miał teraz przy sobie wszystko, czego pragnął od chwili, kiedy go stworzono, powinien być raczej szczęśliwy. I w pewnym sensie był. Właściwie, nie wiedział czego więcej oczekuje.
Iluzje Dumy miały to do siebie, że wszystkie były idealnie prawdziwe. Tworząc je, nawet nie musi zastanawiać się nad szczegółowymi detalami, bo one już tam są, dopracowane w każdym najmniejszym stopniu. Dla samego Doumy nie były jednak doskonałe. Mógł wywołać iluzję identyczną, do którejkolwiek postaci w tym pomieszczeniu, ale to, jak się ona zachowa, było zależne tylko od niego. Nie posiadały własnych, oryginalnych charakterów i przez to nigdy nie będą takie, jakie demon by chciał.
- Przyprowadzę ci takiego. Zobaczysz. - uśmiechnął się słodko, nawet przez chwile nie zastanawiając się, czy to możliwe. Jednak Cisza był gotów wyruszyć na polowanie, znaleźć najgroźniejszego smoka, jakiego wydała Głębia i oswoić, albo raczej złamać go na tyle, by był potulny jak miniaturka, którą wykreował. Choćby miał to przypłacić potężnym uszczerbkiem na zdrowiu. Wątpił, by ktokolwiek przed nim miał chorą ambicję łamania dzikiego charakteru bestii, ale Douma był pewien, że cierpliwością i pracą, oraz kańczugiem i żelazem zdoła osiągnąć zbliżony do zamierzonego efekt. Choć oczywiście było jasne, że żadne stworzenie nie będzie tak lojalne Panu Otchłani, jak sam Cisza. Zawsze pozostawała opcja stworzenia iluzji rzeczywistych rozmiarów, ale coś tak dużego stale podtrzymywane prze 'życiu' po około tygodniu wykończyłoby Dumę.
Napotkawszy spojrzenie Lucyfera, przestał natychmiast błądzić myślami po możliwościach zdobycia prawdziwego smoka.
- Dzisiaj, jutro. To zależy kiedy będziesz chciał wrócić. - wyjął z kieszeni zwitek banknotów, położył je na ladzie, tylko na chwilę łowiąc wzrokiem barmankę, z którą wcześniej rozmawiał. - Ale tak, wracam z tobą. - smocza iluzja, jak gdyby upominając się o uwagę Niosącego Światło, zawarczał cicho i trącił go pyskiem w brodę. Potem położył się na ramieniu Mrocznego, przywarł przy tym bokiem do jego szyi. Łuski z początku miał chłodne, bardzo szybko jednak przyjęły taką temperaturę, jaką miał demon. Mógł poczuć, jak bok miniaturowej bestii unosi się i opada w szybkim oddechu, i jego niecierpliwe powarkiwanie, kiedy dopominał się o pieszczoty.
Powrót do góry Go down
https://twitter.com/chibinunu
Lucyfer

avatar

Male
Liczba postów : 15
Data dołączenia : 01/12/2013

PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    Pią 13 Gru 2013, 19:15

Ogólnie rzecz biorąc, Lucyfer cieszył się z perspektywy wspólnego spędzania czasu z Doumą. W końcu Demon był jego przyjacielem i to od bardzo dawna. Jeśli ktoś zmusiłby Pana Otchłani do liczenia, pogubiłby się na pewno wcześniej, niż w połowie całego tego wspólnie spędzonego czasu.
- Do mojego pałacu, oczywiście. - podkreślił, spoglądając na Dumę, jakby chciał dojrzeć jego reakcję na swoje słowa. - Przez najbliższy czas nie chcę nawet patrzeć na Pandemonium. - aż wzdrygnął się nieznacznie. Nie znosił tego miejsca i każda spędzona tam chwila doprowadzała go do kilku dni nieuniknionej depresji. Kiedy z powodów swoich obowiązków musiał spędzić noc w swojej sypialni w tym ogromnym, podziemnym więzieniu, od razu łapał przeziębienie przez tą wszechobecną wilgoć i przeciąg. Ale gwizdanie wiatru i smród pleśni nie były najgorszymi aspektami Pandemonium. Wszystko przebijały niemal nieprzerwane jęki więźniów, którzy gnili w swoich celach pod podłogą chociażby sali tronowej. A była ich niezliczona ilość. Na szczęście Imperator Piekieł nie musiał tam zaglądać nazbyt często. I chwała za to.
Zdecydowanie temat smoków był o wiele przyjemniejszy od rozmyślań na temat Pandemonium, dlatego też Lucyfer był wdzięczny, że Duma tak chętnie go ciągnął. Bardzo lubił te stworzenia. Większość z nich była silna i potężna, a zarazem prezentowała sobą niemal niewyobrażalny majestat. Wydawałoby się, że nie uchylą przed niczym swoich łuskowatych łbów. Aczkolwiek ten egzemplarz będący iluzją przypominał mu charakterem ziemskiego kocura, który wciąż domagał się pieszczot. Lampka rozbawiony wciąż go pieścił, nawet jeżeli smok stawał się coraz bardziej nachalny.
- Postawię go obok Grota. - stwierdził, najwidoczniej odpływając w tych swoich małych wyobrażeniach najprawdopodobniej dotyczącej stajni pełnej smoków. To wywoływało na jego ustach szczery, przyjemny dla oka uśmiech. - Albo puszczę przed pałac. Nikt wtedy nie będzie zawracał mi dupy. - oczywiście Lucyfer nie sądził, aby Cisza naprawdę tego dokonał. Szczerze mówiąc, wolałby nie ryzykować, aby jego przyjaciel zajął się tak trudną i niebezpieczną sprawą. Dlatego też nie przypuszczał, że Duma może mieć takie, a nie inne plany, a przynajmniej o nich myślał. I dlatego, w tej słodkiej nieświadomości, nie martwił się na zapas, w tym momencie starając się myśleć tylko i wyłącznie o przyjemnościach obecności swojego przyjaciela, jak i będącej jego dziełem iluzji.
- Ulżyło mi. I mam nadzieję, że nie zmusił cię do tego fakt, że jestem, tym kim jestem, prawda? - oczywiście miał na myśli swoją pozycję, ale nie chciał wymawiać jej na głos. Bo jakby to brzmiało? "Idziesz ze mną, bo jestem wyżej od Ciebie"? Czy może "jestem Panem Piekieł, dlatego nie masz nic do gadania". Zdecydowanie nie tak chciał osiągnąć spotkanie. Położył dłoń, którą nie zajmował się smokiem, na udzie Dumy, klepiąc je lekko. Ot tak, przyjazny gest, do których Lucyfer się niemal zmuszał. Nie to, że po prostu nie chciał tego robić. Zwyczajnie to był dla niego zbyt śmiały gest. Zwykle stronił od jakiegokolwiek kontaktu fizycznego, ale coś mu podpowiadało, że powinien poświęcić swojemu przyjacielowi o wiele więcej uwagi. Nie potrafił tego uzasadnić, ale miał wątpliwości co do swojego zachowania. Jednak był pewien, że za bardzo zdystansował się względem Ciszy i chciał to naprawić. - Nie masz tutaj nic do załatwienia? Bo wolę wrócić dzisiaj. Nie za bardzo leży mi spanie w jakimś ziemskim hotelu.

_________________
Powrót do góry Go down
Douma
Dowódca Harab Serapel
avatar

Male
Liczba postów : 18
Data dołączenia : 17/11/2013

PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    Pon 16 Gru 2013, 11:06

Może i Douma zatracił się na kilka lat w swoim ziemskim życiu. Właściwie, poświęcał temu cały swój czas przez ostatnie lata. Prawie zapomniał, jak to jest nie być Ji Yongiem, choć przecież kilka zaledwie lat to bardzo krótki czas dla demona. Wokół na Ziemi było mnóstwo istot nieprzyziemnych i widział je na każdym kroku, zarówno w kręgach, w jakich się obracał, jak też tylko przechadzając się przez miasta, czy nawet na koncertach i rozdaniach nagród, ciągle przypominali o swoim bycie. Choć czasami chciał, nie mógł odwyknąć od świata, do którego należał. Niemniej jednak ci upadli, których widywał w studiu i różnych ekipach, albo zespołach wydawali się, tak jak on sam, nie nawiązywać do tego kim są nawet w swoim wyłącznym towarzystwie. Nigdy nie pojawiła się nawet wzmianka o tym, co nie jest ziemskie. Można było o tym nie wspominać, ale nie znaczyło to, że się zapominało, kim się jest. Po czasie, kiedy nagromadzą się wątpliwości, emocje i inne zbędne odczucia, kiedy chciałoby się być tylko ludzką postacią, avatarem, którego się wykreowało na Ziemi, trzeba było odpocząć. Stąd też Duma wziął się w tej części świata, daleko od tego, co stało mu się bliskie na Pańskiej Planecie. Oficjalnie odbył się 'goodbye stage' i miał prawo do wakacji.
- Oczywiście. Gdzie tylko chcesz. - wyszczerzył się. Gdyby Lucyferowi ubzdurało się spać na lodowym pustkowiu gdzieś w Piątym Kręgu, też zgodziłby się bez wahania. Nie zależało mu na tym, gdzie przyjdzie mu spędzić najbliższy czas, liczyło się tylko to z kim go spędzi. Ponadto, samo zaproszenie do pałacu Niosącego Światło przecież powinien traktować jako zaszczyt. I traktował.
Miniaturowa gadzina na ramieniu demona była mniej natarczywa, niż przed chwilą. Smok zamknął ślepia, zdawał się czuwać. Duma najwyraźniej miał zamiar podtrzymać iluzję może nawet do czasu, aż pojawią się w Głębi. Chyba, że wcześniej coś rozproszy jego uwagę... w końcu podzielnej uwagi nie posiadał, a wciąż musiał skupiać się na iluzji, by nie zniknęła.
- Żartujesz? Jesteś dla mnie kimś dużo ważniejszym, niż tylko Panem Otchłani. - przyznał, nieco urażony takim podejrzeniem swojego przyjaciela. Na prawdę tak słabo okazywał to, ile Lucyfer dla niego znaczy? Nie mógł, albo raczej obawiał się powiedzieć mu tego wprost. Nie chciał komplikować ich relacji, wspólne spędzanie czasu ze sobą stało by się wtedy niezręczne. Chciał, żeby Lucyfer sam się tego domyślił, ale nie zamierzał do tego nawiązywać. Był za słabo zamroczony alkoholem, żeby się na to zdobyć. Na szczęście. Czując dłoń Władcy na swoim udzie, krew od razu napłynęła mu do twarzy, zdradzając po raz kolejny ile dla Ciszy znaczy byle przyjazny gest Lucka. Bo przecież Duma był przyzwyczajony do skinship'u. Ale dotyk Lucia? Na niego był szczególnie wyczulony.
- Nie mam tu chwilowo żadnych zobowiązań. - przyznał z zadowoleniem. Dobrze się złożyło, że akurat teraz doszło do spotkania z Lucyferem. Nie musiał nikomu tłumaczyć się ze swojej nieobecności. Będzie musiał tylko pamiętać, żeby wrócić zanim jego 'wolne' się skończy i ktoś wyśle za nim ekipę poszukiwawczą. W końcu jakiś czas pracował na swój status tutaj i nie zamierzał go ot tak porzucać.
Powrót do góry Go down
https://twitter.com/chibinunu
Bicz Boży
Bicz Boży
avatar

Liczba postów : 5
Data dołączenia : 26/02/2014

PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    Nie 02 Mar 2014, 21:05

Barman uwijał się z nowojorską zręcznością, mieszając drinki. W tle kwartet jazzowy zażynał swoje saksofony, ale Faye nie zwracała na to uwagi, pochłonięta pochłanianiem czerwonego martini. Bo tak. Bo elegancko. Bo ładny lokal. Bo wypada.
Jej wielkie, szare oczy były doszczętnie szalone.
- No nie wiem… - mruknęła jej rozmówczyni, ewidentnie zapędzona w kozi róg. Faye fachowo zakręciła swoim kieliszkiem, nie ulewając przy tym ani kropli.
- Mówię ci, laska. Jeszcze nic straconego. Masz szansę jeszcze zmienić swoje życie, zrobić coś konstruktywnego. – Wyciągnęła wykałaczkę z ozdobnego pudełeczka leżącego na stole i wsunęła sobie do ust umalowanych krwistą czerwienią.
- Ale…
- Widziałaś go kiedyś? – rzuciła zaczepnie. – Twojego boga. Nie istnieje żaden jednoznaczny dowód wskazujący na to, że on istnieje i ma realny wpływ na nasze życie. Pomyśl tylko. Jeśli nie istnieje, marnujesz doczesne życie, przypominam, jedyne, na odmawianie sobie wszystkiego. A jeśli istnieje, to przecież jest Miłością, nie? To co z tego, że przez całe życie przejdziesz lekką stopą? Wystarczy w ostatnim momencie akt skruchy i załatwione. Wasz Pan, o ile istnieje, jest łaskawy w cholerę. Korzystaj z tego. A na razie, póki nie wiesz, czy w ogóle Twoja wiara ma racjonalne uzasadnienie, idź do sklepu, kup sobie seksowną kieckę, wyrwij jakieś ciacho i żyj.
Kobieta była kompletnie zdetonowana. Jej rozbiegane oczy nagle zapłonęły blaskiem, a Faye zdusiła chichot, dopisując kolejną do swojego rankingu antynawróceń. Nafta znowu będzie sarkał, pewnie po drodze motocykl zgaśnie. A nie może się spóźnić na statek. No nic. Jeszcze ma czas.
Wypiła resztkę martini i pomachała barmanowi pustym kieliszkiem.
- A dowód jest?
- A jak piłam sześć poprzednich, to nie był potrzebny – oświadczyła lodowato. Siódme martini natychmiast się znalazło.
Jak siedem grzechów głównych!
Co ja robię w tym miejscu? – pomyślała Faye, odwracając się plecami do lady, a przodem do całej Sali. Kompleks agenta i snajpera – zawsze miej na oku całe pomieszczenie. Starała się nie stukać nerwowo palcami o blat. Chciała umiejscowić się pod ścianą, ale wszystko było zajęte.
Kątem oka obserwowała dziwnego mężczyznę. Nie, nie mężczyznę. Jakąż pożal się Jasności pipunię. Azjatycką zapewne, przegiętą zapewne. Dobry Panie, gdzie się podziali tamci mężczyźni? Wyginęli? Wszyscy sączą miód w Valhalli? Są w Szeolu?
Faye prychnęła pod nosem.
Nie, nie gapiła się, bo jej się podobał. Nie podobał. Po prostu roztaczał dziwną, ciężką energię. Jak zapach piżma, drażniący zmysły, wdzierający się brutalnie w sferę intymności, dominujący. Nie było wątpliwości, pedał w rogu epatował niepokojącą aurą. Odruchowo sięgnęła do talizmanu na szyi.
Tylko nie odwal rozróby, Faye. Wypij drinka, zapłać, wsiadaj na Naftę, jedź po swoje graty, jedź na nabrzeże. Misja wykonana, możesz wracać do domu. Do Rzymu. Zdasz raport i będziesz wolna przez co najmniej dwa następne tygodnie. Możesz sobie wyskoczyć do Limbo, czy tam Przedpiekla, gdziekolwiek. Może nawet zobaczysz się z ojcem.
Żadnych rozrób, centurionie.
Łatwo powiedzieć.
Powrót do góry Go down
Douma
Dowódca Harab Serapel
avatar

Male
Liczba postów : 18
Data dołączenia : 17/11/2013

PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    Nie 02 Mar 2014, 22:07

Kiedy w końcu po niezliczonych latach trzymania się od Głębi z daleka, dostąpił zaszczytu przebywania z Niosącym Światło w jego włościach zapewne sam na sam, nie biorąc pod uwagi służby, był gotów rzucić wszystko i czym prędzej udać się z Lucyferem tam, gdzie ich miejsce. Nie wiedzieć czemu intuicja podszepnęła mu, że coś jest nie w porządku. Polecił Panu Otchłani, żeby poszedł przodem, a on niebawem zamierzał dołączyć. Tak. Upewni się tylko, że nie ma czego szukać dłużej na Pańskiej Planecie. W tym lokalu, konkretnie. Kiedy Lampka wyszedł, Dowódca nalał sobie znów tequili. Skoro i tak siedział tutaj bez większej przyczyny, nie zaszkodzi wypić pozostałość flaszki do końca. Choć bardzo wątpił w to, że ziemski trunek zdoła wprawić go w większe upojenie, choćby wypił wszystko, co mają tu w zapasach.
Upijając łyk ze szkła, zerknął w stronę, z której poczuł na sobie czyjeś spojrzenie. Intuicja nie zmyliła go i tym razem, bo napotkał wzrok bliżej nieokreślonej niewiasty kilka stołków dalej. I bynajmniej nie patrzyła na niego w sposób, jakim raczyły go jego ziemskie fanki. Ale i o jego spojrzeniu, pełnym uwielbienia i bezkresnej lojalności, które przecież jeszcze przed chwilą posyłał Władcy Piekieł, nie pozostało nawet śladu. Zamiast tego, niedyskretnie skierował wzrok chłodny, ale nieodgadniony w stronę swojej obserwatorki. Czuł, że nie była ona zwyczajną Córką Adama, pewnie Nephilim, pomyślał. Żył wystarczająco długo, by spotkać ich setki, albo i tysiące na Pańskiej Planecie. Ich obecność tutaj była tak samo oczywista, jak wszystkich demonów w branży muzycznej na Ziemi, w której sam się obracał. Nie miał o nich zdania i pewnie by ją zignorował, jak robił to z hybrydami (i nie tylko) do tej pory, ale w końcu z jakichś powodów intuicja nakazała mu lepiej sprawdzić tą dziewczynę. A przynajmniej tak mu się wydawało, że o to chodzi...
A może przesadzał? Co mogłaby chcieć od niego Nephilim? Niewątpliwe, że wyczuła jego aurę. Na szczęście, choć tylko wtedy, gdy chciał pozostać mniej rozpoznawalny dla nie-ludzi, pozbawiony został skrzydeł wieki temu. Nie rzucało się więc w oczy nic nadnaturalnego w jego wyglądzie. Nawet gdyby nieznajoma podejrzewała go o jakąś wyższą pozycję w Głębi... na Mrok, czy ktoś jego postury, drobny, smukły, w trampeczkach i wypielęgnowanej, lekko zaczerwienionej od alkoholu buźce mógłby być dowódcą Harab Serapel? Z pewnością nie takiego sobie go wyobrażała większość istot, które o nim słyszały. Wykreowany przez niego avatar dobrze się sprawdzał, gdy chciał odciąć się od swoich demonicznych przyjaciół czy przeciwników, których zresztą mu nie brakowało. Tym razem też przekonał samego siebie, że dziewczyna nie będzie się głowić nad pozycją głębiańską ciapowatego idola, który własnie nurkował pod ladę po swoją bearbrickową czapkę z daszkiem, bo przez chwilę nieuwagi zsunęła mu się z kolan. Gotów w każdej chwili znów włożyć maskę Kwona Ji Yonga, raczył się dalej alkoholem, nasłuchując jednak uważniej tego, co ewentualnie hybryda w najbliższym czasie powie.
Powrót do góry Go down
https://twitter.com/chibinunu
Daimon Frey
Abbaddon
avatar

Male
Liczba postów : 18
Data dołączenia : 07/12/2013

PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    Nie 02 Mar 2014, 22:46

Frey po ostatnich wydarzeniach i spotkaniach miał po prostu dość. Chciał się wreszcie znaleźć w jakimś towarzystwie, które go nie zna i raczej niewiele będzie od niego chciało. Zastanawiał się nawet, czy nie poprosić swojego przyjaciela, Kamaela, o to by ukrył go przez jakiś czas na Ziemi, ale po długich przemyśleniach stwierdził, że to nie jest dobrym pomysłem. Pewnie, chciał odpocząć od tego ciągłego płaszczenia się przed nim, a to ze względu na pozycję, a to ze względu na strach czy też na coś jeszcze innego. Ostatnio zaczął nawet zauważać, iż większość osób, które się z nim spotykały robiły to albo przypadkiem, albo coś od niego chciały. Co prawda Hariel jeszcze na nic takiego nie wpadł i był mu za to szczerze wdzięczny. Teraz jednak szedł zatłoczoną ulicą miasta, które wydawało mu się znajome i być może kiedyś piękne. Obecnie natomiast zaczął zauważać, jak wiele jest w nim brudu i plew, które najchętniej by wyrwał z korzeniami i zakończył ich żywot. Nie mógł jednak tego zrobić. Nie dostał rozkazu. A ostatni, który musiał wykonać nie wpłynął na niego zbyt dobrze. Choć minęło już sporo czasu od momentu gdy został zmuszony wbić swój miecz w ukochaną planetę Pana, Frey nadal czuł się winny. Co prawda chodził właśnie po tej planecie, ale teraz można powiedzieć był innym skrzydlatym. Nie wiedział nawet czy może się mienić tym tytułem. Nie mniej jednak po dość nieudanym spotkaniu z pewnym Niszczycielem na polanie postanowił pójść do jakiegoś baru. Spokój jaki cechował do tej pory Abaddona został w jednej chwili zburzony, a jego wiara w siebie mocno zachwiana. No ale przecież nie jesteśmy tu po to by wysłuchiwać wynurzeń załamanego Anioła Zagłady. Swoja drogą sami przyznajcie, że to po prostu śmieszne i kompletnie nie pasujące do jego pozycji. Oczywiście będąc na Ziemi Frey już zdążył parę razy natknąć się na ciekawych skrzydlatych, a jeden z nich zostawił mu dość ciekawą pamiątkę na lewej ręce. Na wielkie szczęście rana nie zagrażała życiu, jednak cholernie piekła. Daimon zaczynał nosić się z zamiarem udania się do Limbo bądź Sfer Poza Czasem by uleczyć to oparzenie. Ale nie zrobi tego dziś czy też jutro. Teraz chciał zapomnieć o swoich wyrzutach sumienia i obawach czasem w ogóle nie potrzebnych. Świetlisty przerwał swe rozważania nad sobą dopiero w chwili gdy doszedł do jakiegoś klubu. Usłyszał, że dobiegała z niego muzyka więc uznał, że musi być otwarty. Ruszył więc ku wejściu i od razu natknął się na dwóch goryli, którzy mieli za zadanie nie wpuszczać do owego przybytku żadnych „podejrzanych” typów. Wszyscy oczywiście wiedzieli, że w tym miejscu spotykają się również szefowie mafijni, ale nikt nie mógł tego udowodnić. Chwilę to trwało zanim Frey zdążył przekonać karków, że nie ukradł nikomu karty wstępu do klubu oraz, że postać na zdjęciu to rzeczywiście on. Po jakimś czasie i wielu słowach tłumaczenia goryle wpuścili go do klubu. Atmosfera w nim panująca przypadła Destruktorowi do gustu tak bardzo, że ośmielił się nawet zdjąć ciemne okulary skrywające jego nienaturalne oczy. Jakoś nigdy nie mógł się przyzwyczaić do soczewek kontaktowych więc wolał nosić okulary, które według niektórych dodawały mu charakteru, a także wyglądu niezłego gangstera. Gdy tylko stanął w progu zaczął gorączkowo szukać miejsca, w którym mógł by usiąść. Wreszcie znalazł jeden wolny stolik będący wystarczająco na uboczu, by obecność Frey;a w lokalu nie została zauważona. Usiadł więc przy stoliku pod ścianą i zamówił sobie kufel najlepszego piwa. Po czym oddał się swojemu ulubionemu ostatnio zajęciu, a była nim obserwacja ludzko – nadprzyrodzonego tłumu.
Powrót do góry Go down
Bicz Boży
Bicz Boży
avatar

Liczba postów : 5
Data dołączenia : 26/02/2014

PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    Pon 03 Mar 2014, 20:49

Douma niewątpliwie mógł poznać w swojej wieloletniej karierze anielskie dzieci nielegalnie poczęte z ziemskimi kobietami… Ale zdecydowanie przesadzał, twierdząc, że widywał ich setki. Prawdę mówiąc, tego typu hybrydy to rzadkość. Problemy występują na właściwie każdym polu – materializacji, zapoznania konkretnej kobiety, samego aktu zapłodnienia, przeżywalności noworodków… Faye nigdy nie twierdziła, że jest jedynym na świecie bękartem anioła. Nawet słyszała o kilku, szczególnie o słynnej Hiji, o której wzmianka nieodmiennie wywoływała w niej odruch wymiotny.
Ale nie były to nieprzebrane rzesze.
Znając jej nieustępliwy charakter, pewnie skłonna byłaby wytoczyć Aniołowi Śmiertelnej Ciszy ostrą dyskusję światopoglądową na środku baru. Gdyby tylko znała jego myśli, a tak się składa, że czytanie w tychże nie należało do jej umiejętności.
- Proszę pani?
Nie zareagowała na zaczepkę barmana, wciąż odwrócona rzycią do baru, a przodem do reszty knajpy. Nierozsądnie. Gdyby Władca Lady okazał się być kimś więcej niż zwykłym drinkorobem, mógłby jej wpakować kilka gram ołowiu pod żebra.
Trzeba stąd spadać.
Szybko.
- Polać następnego? – zagadnął, zerkając na jej pusty kieliszek.
- Lej – mruknęła, podsuwając nieuważnie trójkątną, niedużą lampkę do martini. Wypiła, nie patrząc, co jej nalewa. Alkohol zapiekł w przełyku jak wody Flegetonu. Mało prawdopodobne, by ją ktoś chciał tu otruć, ale…
Stop. Laska. Co ty chrzanisz?
Faye, za dużo pracujesz. Robota rzuca ci się na ten czarny, wraży czerep. To się nazywa mania prześladowcza, wiesz? Lecz się. Niedługo zaczniesz chodzić plecami do ściany z klamką przy udzie. Jedź do domu. Odpocznij. Odstaw ten cholerny kieliszek, zejdź ze stołka, odpal Naftę i jedź.
Idziemy, jak mawiał swego czasu Lot do swojej małżonki.


***

Faye cudem zręczności wyciągnęła portfel z tylnej kieszeni obcisłych spodni, niemal nie zmieniając pozycji na wysokim stołku barowym. Wyłuskała kilka banknotów i rzuciła na ladę, po czym miękkim, niemal wężowym ruchem zsunęła się z mebla. Tak mógłby poruszać się przedwieczny Żmij, którego, jak głosi plota, Pistis Sophia posłała do Raju.
Centurion Szczurza Śmierć poprawiła kurtkę, ukradkiem muskając zawieszone wygodnie przy tułowiu lufy pistoletów, po czym zebrała się do wyjścia. Ostatni raz rzuciła dyskretne, taksujące spojrzenie knypkowi w rogu. Wyglądał jak prezes koreańskiego Disneylandu.
Ale wciąż było w nim coś niepokojącego.
Aura ciężka jak kafar.
Zmywamy się stąd, proszę państwa. Sorry Winnetou, arrivederci, Roma. Pozdrowienia dla dżentelmena w rogu. Wal się na swoje kopyta, czy co tam masz, głębiański chłystku.
Bo w nagłym olśnieniu Faye doszła do wniosku, że gość emanuje Głębią jak agregat prądotwórczy wibracjami.
Ruszyła w stronę wyjścia, a wtedy z dokładnie naprzeciwka napłynęła fala zupełnie innej energii. Równie ciężkiej, mrocznej, nieprzyjemnej, a w pewnym sensie… Odświeżającej? Czystej? Faye nie potrafiła tego wyjaśnić. Nawet nie zdziwiła się, gdy go ujrzała.
JEGO.
Wysoki jak drabina Jakubowa. Czarny i mroczny jak dziura w tyłku Lucyfera. Sucha, arystokratyczna, niemalże krogulcza morda. Okulary przywodzące na myśl oczy gigantycznego żuka. Dwa skarabeusze o lśniących, czarnych pancerzykach.
Mrok.
Płynnym ruchem zmieniła trajektorię lotu i obeszła bar, ukradkiem stukając palcami o drewno. Zwróciła na siebie uwagę kelnera. Nosił magiczne przebranie, upodabniające go do smukłego chłopca o arabskich korzeniach, ale takie sztuczki były zbyt prymitywne. Pod warstwą czaru widziała całkiem niebrzydkiego dżinna. Rozłożył z suchym szelestem skrzydła.
- Co podać? – spytał melodyjnie.
- „Złota Hydra” – powiedziała ochrypłym tonem. – Da się przejść przez zaplecze?
Złociste, migdałowe oczy dżinna pomknęły ku wchodzącemu.
- Kłopoty? – spytał z idealnie obojętną miną. Mała Harpia zacisnęła zęby. Sięgnęła pod koszulkę takim gestem, jakby chciała ją rozerwać i pokazać mu piersi, ale nie zrobiła tego. Wyciągnęła pęk wisiorków i wybrała ten, który przypominał miniaturową Hostię. Małe kółko na samym środku przecięto krzyżem, którego każde ramię przecięto prostopadłymi, zakończonymi po obu stronach kreskami, które wyglądały jak schematyczny odcinek. Każde ramię dodatkowo kończyło się podobną, tyle że krótszą kreską. W pola utworzone przez schemat, tuż poza obrębem koła, wpisano litery AGLA. Robota była prosta, ale zarazem bardzo dokładna, medalik tchnął podobną siłą co krzyżyk komunijny. Ludzie, którzy go nosili, dobrze wiedzieli, po co dynda u ich szyi.
Dżinn pozostał niewzruszony.
- Zdumiewający okaz sztuki jubilerskiej – powiedział gładko. – Schowaj to, pani, wiem, kim jesteś i czym jest twoja organizacja. Ślę pokłony dla twego przełożonego, a przed tobą niechaj siedem bram rozkoszy niebiańskich…
- Pytałam o drzwi, a nie o twój talent oratorski – odcięła się.
Złocisty duch skłonił się grzecznie.
- Spytam, pani. Oto twoja „Złota Hydra”. – Podał jej drinka i zniknął za drzwiami zaplecza. Faye zaś przesunęła się jak najbardziej w stronę rogu, ku ścianie, skupiwszy się na swojej mocy. Sięgnęła umysłem w głąb kamienicy mieszczącej w sobie klub. Ciałem była tutaj, w głównej sali, ale myślami już w piwnicach. Przy swoich wiernych, popiskujących towarzyszach.
Faye sączyła swoją Hydrę.
Sekundy sączyły się jedna za drugą.
Sześć szczurów niezmordowanie pięło się po schodkach, wezwane niemal niedosłyszalnym gwizdem.
Powrót do góry Go down
Douma
Dowódca Harab Serapel
avatar

Male
Liczba postów : 18
Data dołączenia : 17/11/2013

PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    Pon 03 Mar 2014, 21:36

Douma powoli sączył zawartość szkła, a kiedy je opróżnił, od razu zwrócił całą swą uwagę, już nie na wcześniejszą obserwatorkę, a na osobnika emanującego tak silną i swego rodzaju mroczną energią, że to już zdecydowanie nie Dowódca Harabów przyciągał spojrzenia nieprzyziemnych.
Douma o Destruktorze słyszał wielokroć i przypadkiem chyba go już kiedyś spotkał... i nie mógł się nadziwić jego aurą. Co prawda nigdy nie należał do jego przeciwników, co i tak nikogo nic nie chodziło, z racji samego faktu, iż Cisza był Głębianinem, ale tez jakoś nieszczególnie mu ufał. Wolał trzymać się na dystans, jak zwykle. Dlaczego miałby się spoufalać z Abbadonem? Zwłaszcza teraz, kiedy zależało mu, żeby zostać w miarę anonimowym. Z zadowoleniem zauważył, że Frey przyciągnął także uwagę hybrydy, która dłużej nie interesowała się osobą Dumy. Idealna okazja, żeby zniknąć wszystkim z oczu... czyż nie?
Jednak Harab pozwolil sobie zawiesić oko na Frey'u trochę dłużej, niż by wypadało. Nie wiedział, kiedy następnym razem go spotka. Odłożył szklankę na ladę wraz z kilkoma banknotami pokrywającymi koszty trunków, które tu wypił. Obecność Abbadona tyko upewniła go w przekonaniu, że jego intuicja wcześniej tylko zareagowała na jego silną aurę i teraz nie miał już najmniejszych powodów do tego, by przesiadywać w lokalu. Przecież nie chciał kazać Lucyferowi na siebie czekać, prawda...?
Zsunął się ze stołka, dopiero teraz czując tak na prawdę, że procenty delikatnie zamąciły mu w głowie. Nałożył na białe włosy czapkę, zapiął skórzaną kurtkę i wyszedł z klubu. Nie musiał nawet starać się o to, by jego wyjście pozostało przez całość niezauważone.

z.t

//Wybaczcie, że tak od niechcenia, ale nie miałem się nad czym wywodzić za bardzo D: //
Powrót do góry Go down
https://twitter.com/chibinunu
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Jazz Cafe    

Powrót do góry Go down
 
Jazz Cafe
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Shadows of Heaven :: Ziemia :: Miasto-
Skocz do:  
Partnerstwo
CzarnyDelfinYaoiGakuenWithoutTimeShihaiRPGMementeYaoiBlackButlerEmptinessShiNoKyoNohaneDirtyPawsSpectrofobiaVampireKnightAxisMundiFamiliaHogwartDreamWildHundeStFrancesaVirus2HetaliaUnderlandMagicLullabyMavericKikuNoHanaSoulAsylumDragonlandTraineeWildLandSupernaturalGleepbfDarwinTheMagicalWorldMysticTownSpectofobia