IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Centurion Szczurza Śmierć

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Bicz Boży
Bicz Boży
avatar

Liczba postów : 5
Data dołączenia : 26/02/2014

PisanieTemat: Centurion Szczurza Śmierć   Nie 02 Mar 2014, 16:50


HYBRYDA


Pojęcia Nie Mam Kto


Faye Gabrielle Scipione
Dla opiekunów zakonnych „Ta czarna cholera”. Dla nielicznych kumpli knajpianych „Mała Harpia”, słynna z ciętego języka i równie nieprzyjemnego usposobienia. Dla ojca „moja dziewczynka”, nigdy inaczej. Dla całej reszty skrzydlatych i nieskrzydlatych mętów, zakapiorów, szpiegów i skurwysynów „Bicz Boży”, nieodmiennie budzący niechętny szacunek. Nieliczni, którzy znają jej szczególną zdolność, nazywają ją „Centurion Szczurza Śmierć”. Faye nigdy nie protestuje, bardzo jej się ta ksywa podoba.


[list]
DANE OSOBOWE

Wiek: 22 lata (wygląda na 18-19)

Ranga:
Bicz Boży.
Narzędzie Gniewu Pańskiego.
Półanielski agent w służbie Królestwa. Jadowity jak żmija, celny i błyskawiczny jak trzaśnięcie z bicza. Postrach niegodziwych Głębian, zmora dezerterów z Królestwa, przekleństwo nieskrzydlatych bandytów, pogrom nieuczciwych upiorów i zakapiorów. Młot na czarownice bez zezwolenia na prowadzenie działalności. Cywilny egzorcysta, niekonwencjonalny, ale jaki użyteczny. Nieugięty żołnierz Pana.
No dobrze. Może to wszystko nie brzmi aż tak patetycznie, ale sami przyznacie, że „Odkurzacz Boży” to głupi tytuł. A tym mniej więcej Faye się zajmuje. Sprzątaniem ponadnaturalnych odpadków, które naszła fantazja robić bydło na ukochanej planecie Pana. Nielegalny handel, przestępstwa, naruszenia dóbr, kradzieże, wykroczenia względem śmiertelników. Kogoś złapać, kogoś zatłuc, kogoś sprzątnąć, coś znaleźć. Z grubsza sprowadza się to do wykonywania zadań funkcjonariusza agencji AGLA i pilnowania, by samemu przy tym nie odstrzelić sobie tyłka. Okazjonalnie zbiera ciekawe informacje.

Zamieszkuje: Ziemia, konkretniej włoski Rzym. Urodziła się i wychowała w klasztorze karmelitanek, w którym zamieszkuje do tej pory, zajmując wciąż ten sam pokój. [Proszę o nazwanie tematu „Kwatera Faye”.]

Moce:
Ojciec Faye nosi imię Makatiel, co oznacza „Plaga Boża”. Nic więc nie wydaje się bardziej odpowiednie dla tej dziewczyny, niż kontrolowanie plagi. Padło na szczury. Nie ma pojęcia, dlaczego. Być może dlatego, że w zimnych murach klasztoru od zawsze gnieździły się szczury, z którymi instynktownie czuła nić porozumienia. W pewnym sensie potrafi ze szczurami rozmawiać. Nie są to żadne górnolotne wymiany poglądów i głębokie dyskusje na temat eschatologicznej koncepcji wszechświata. Szczury nie formułują swoich myśli w zdania, bardziej przekazują jej swoje odczucia i wrażenia, wizje. Potrafi wyczuć, kiedy szczury się boją, kiedy ją ostrzegają. W każdym Rattus znajduje oddanego przyjaciela, pomocnika i w razie potrzeby żołnierza. Umiejętność sprawowania władzy nad szczurami może się wydawać dziwna i bezsensowna, a nawet śmieszna… do momentu, w którym zostaną wezwane. Trzeba bowiem pamiętać, że szczury są i będą zawsze. Nawet w najbardziej higienicznym miejscu zawsze znajdzie się jakiś sprytny, owładnięty chęcią przetrwania szczur. A jego Faye może nakłonić do wszystkiego. Z powodzeniem wykorzystuje szczury jako zwiadowców, posłańców, pomocników. Może wydawać im rozkazy, które małe zwierzątka niestrudzenie wykonają, nawet ceną własnej śmierci.

Umiejętności:
- Doskonała zdolność posługiwania się bronią palną, białą i niestandardową.
- Znajomość sztuk walki, m. in. judo, aikido, taekwondo, jiu-jutsu, a w szczególności krav maga.
- Duże zdolności językowe. Nie jest to typowo anielski brak blokady, ale wraz z anielską krwią odziedziczyła spore predyspozycje lingwistyczne. Jest w stanie nauczyć się płynnie posługiwać nowym językiem po 2-3 miesiącach nauki. Czasami instynktownie zdaje się rozumieć, co oznacza dany napis lub zasłyszane zdanie.
- Spora wiedza ogólna oraz staranne wykształcenie w dziedzinie okultyzmu, teorii magii, historii religii, tradycji i wierzeń, mitologii i symboliki.
- Duża wiedza na temat broni i pojazdów bojowych, zarówno ziemskich, jak i głębiańskich oraz anielskich.


CHARAKTERYSTYKA

Wewnętrzna: Ciężko w kilku zdaniach określić charakter Faye. Nawet Matka Bernadetta, osoba, która ją wychowała i teoretycznie zna najlepiej, nie potrafi niekiedy dojść, co tkwi w głowie tej dziewczyny. Faye przede wszystkim stara się być twarda. Zawsze i wszędzie, w każdej sytuacji. Spędza czas w towarzystwie męskim, oddaje się rozrywkom męskim, wykonuje w gruncie rzeczy męską robotę i usilnie stara się być babą z jajami tak bardzo, że niebawem aż zacznie chodzić na dziwki, sikać na stojąco i golić rano policzki. Tak naprawdę po prostu nie chce być płaczliwą laską, nie chce być słaba, zależna od kogokolwiek. O, nie. Trudno o większego indywidualistę niż Faye. Matka Bernadetta już dawno machnęła na nią ręką, pozwalając, by dziewczyna szlajała się po podejrzanych miejscach i wracała o szokujących godzinach. Nikt, nawet sama Jasność nie mogłaby jej narzucić własnej woli. Dziewczyna jest uparta jak osły Harbony, zdeterminowana i nieugięta. Bywa, podobnie jak jej ojciec, nieobliczalna i agresywna. Próżno u niej szukać słów pocieszenia, za to zawsze można liczyć na aktywną pomoc. Należy do tych osób, które nie roztkliwiają się, a działają. Tak naprawdę jest wycofana i skryta, nie pozwala, by ktokolwiek znał jej prawdziwe myśli i widział w nielicznych chwilach słabości. Jest też bardzo pracowita i stara się jak najlepiej wykonywać swoją robotę, którą, co tu ukrywać, lubi jak jasna cholera. Jasność w końcu dobrze wie, komu przydać jakie zadanie. Faye jest bezczelna i buntownicza, ciężko do niej przemówić, a i nawet wtedy należy nastawić się na gorącą wymianę poglądów, bo Bicz Boży jest inteligentny i potrafi myśleć. Przypomina w tym niemal Lucyfera za czasów buntu, a jej niektóre poglądy do złudzenia brzmią jak życiowe credo Samaela. Ostentacyjnie wypina się zadem na Jasność, przeklinając, plując po kątach i głośno deklarując, że osoba szanownego Szefa jej nie wzrusza i nie porusza. Ale tylko nieliczni wiedzą, że pod tą maską kryje się w istocie nieugięty rycerz Pański. Ktoś, kto zdaje się nosić czerń tylko dlatego, że wie, jak bardzo przyciąga ona Światło.

Zewnętrzna: Wygląda jak człowiek i nieczłowiek zarazem. Z pozoru wszystko jest jak trzeba, dwie nogi, dwie ręce, jedna głowa, żadnych ogonów, kopyt, czy skrzydeł (które dawno temu amputowano, zaraz po narodzeniu dziewczynki). Wygląda jak zwykła dziewczyna. Całkiem zwyczajna, choć po anielsku piękna, bowiem odziedziczyła po Makatielu kosmyki czarne jak heban i jasnoszare, niemal srebrzyste oczy. Ale i tak ludzie oglądają się za nią, gdy idzie ulicami Watykanu, a jej sięgające pasa, proste jak drut włosy powiewają na wietrze. Odwracają się i lękliwie patrzą kątem oka, nie rozumiejąc, dlaczego ich serca gwałtownie przyspieszają, a żołądek kurczy się boleśnie na widok tej szczupłej, mierzącej raptem 1,64 m dziewczyny. Emanuje od niej spokojna, ale ciężka energia zwiastująca wybuch szału, jak aura tuż przed sztormem. Zwodniczy spokój. Gdy natrafią na spojrzenie zimnych, szarych oczu, nagle przyspieszają, wmawiając sobie, że mają do zrobienia coś strasznie ważnego. Nie rozumieją, dlaczego widzą srebrne tęczówki na długo po tym, jak dziewczyna zniknie z zasięgu wzroku. Wszystko byłoby jaśniejsze, gdyby wiedzieli. Nic dziwnego przecież, że poczuli się nieswojo w towarzystwie dziecka Anioła Kary, Makatiela zwanego „Plagą Bożą”. Córki komandosa elitarnego oddziału Szeolitów.
Faye jest całkiem ładna. A raczej byłaby naprawdę śliczna, gdyby się trochę opaliła, zamiast strasząc trupiobladą cerą, czasem podkreśloną ciemnym makijażem. Ma trójkątną, wąską twarz przypominającą pyszczek jadowitego gada, o wąskich skrzydełkach prostego nosa i drobnych ustach o cienkich, bladych wargach. Zwykle pełga po nich sarkastyczny, nie wróżący niczego dobrego uśmieszek. Szare oczy ma ogromne, zatopione w twarzy poniżej łukowato wygiętych, czarnych brwi. Proste jak drut, czarne włosy sięgają jej do pasa. Czasem zostawia je rozpuszczone, czasem związuje dla wygody. Nosi się zwykle na czarno lub oliwkowo, w stroje do złudzenia przypominające uniformy wojskowe lub ekwipunek motocyklowy. Dominują wojskowe buciory i bojówki, wygodne podkoszulki i skórzane kurtki nabijane ćwiekami. A przede wszystkim szyte na zamówienie, sprytne stroje z tajnymi kieszonkami, uchwytami na bronie, wyhaftowanymi błogosławieństwami i zaklęciami. Wszystko to sprawia, że Faye chodzi jak żywa zbrojownia. Co dziwniejsze, mimo licznych łańcuszków, sprzążek i ćwieków, potrafi się poruszać bardzo cicho. Po jej oszczędnych gestach i wyważonych ruchach widać, że odebrała staranne szkolenie, do którego rękę przyłożył elitarny komandos. Widać też naturalne predyspozycje istoty stworzonej do swojej roboty. Rusza się z niewymuszonym wdziękiem, ale twardo, jak żołnierz. Rzadko, naprawdę rzadko można ją spotkać w strojach nieco bardziej „dziewczęcych”. Czuje się wtedy strasznie speszona i traci pewność siebie.
Teoretycznie jest zakonnicą, więc powinna nosić habit. Matka Bernadetta kiedyś nakazała jej go włożyć i stawić się w refektarzu na kolacji. Gdy zeszła na dół, siostry niemal udławiły się z szoku, bowiem dziewczyna, owszem, wykonała polecenie, wkładając lateksowy, czarno-biały, obcisły jak druga skóra kostium zakonnicy rodem z burdelu. Nie wiadomo, skąd go wytrzasnęła, ale od tej pory nikt więcej nie ośmielił się powtórzyć żądania, a Faye nosi swoje ulubione, niemal męskie ciuchy.


DODATKOWE

Umiejętność walki bronią: Jako że Faye była właściwie od dzieciństwa przyuczana do broni, potrafi się posługiwać różnymi jej rodzajami. Trenowała (i niekiedy praktykuje) szermierkę, choć w trakcie walki zwykła ją uzupełniać o chamskie sztuczki i tricki niegodne honorowego wojownika. Nie sprawiają jej problemu ostrza długie (miecze jedno- i półtoraręczne, dwuręczne, japońskie katany, szable, poradzi sobie też z pałaszem, ale miała go raptem kilkanaście razy w rękach), średnie oraz krótkie (sztylet, kindżał, kris, tanto, noże szturmowe i balistyczne). Jednak znacznie bardziej ceni sobie bronie palne. W grę wchodzą zwyczajne klamki, przez rewolwery, pistolety i karabinki maszynowe, po bronie snajperskie. Z uwagi na charakter pracy posługuje się w głównej mierze bronią pochodzenia niebiańskiego lub piekielnego. Nie trzeba chyba dodawać, że jej posiadanie przez Faye nie jest aż tak legalne, jak by się chciało przypuszczać. *

Posiadany asortyment broni:
1. Broń biała:
a) Prosty miecz jednoręczny o stalowej rękojeści zakończonej kulą z niewyraźnym, delikatnie wygrawerowanym ornamentem kwiatowym, w który wpleciono znaki runiczne oznaczające celność, szybkość i pewność. Wzdłuż klingi wygrawerowano napis „Athah gabor leolam, Adonai”, zaś sam miecz obłożono błogosławieństwem.
b) Szabla damasceńska z rubinem w rękojeści i złotym okuciem pochwy. Datowana na XVIII wiek, choć doskonale zachowana i w pełni sprawna. Faye jej nie używa w pracy. Po pierwsze, niebezpieczne jest bieganie ze złotą szablą, po drugie, jakoś instynktownie nie wierzy czemuś, co zostało wykute setki lat przed nią przez ludzi.
c) Nóż szturmowy Szeolitów (nielegalnie wyniesiony przez Makatiela). Praktycznie się z nim nie rozstaje. Nóż obłożono formułami błogosławieństw i życzeniem śmierci.
d) Nóż balistyczny pochodzenia ziemskiego.
e) Katana pochodzenia japońskiego, przekuwana w Głębi. Jest cięższa i dłuższa od normalnego miecza, ale poręczna. Stop wzbogacono sproszkowanymi zębami smoka, co nadaje stali wyjątkową trwałość. Antypoślizgową rękojeść pokryto chropawą skórą chimery.
f) Oryginalny szkocki claymore, tuningowany przez gobliny (na Ziemi). Rękojeść wzmocniono błogosławionym żelazem, a wzdłuż miecza wygrawerowano imiona Aniołów Zamętu oraz Gamerina, anioła wykonującego zadania specjalne. Rzadko używany przez Faye, przeznaczony do zgładzania dużych bestii.

2. Broń palna:
a) Ziemski Glock ładowany modyfikowanymi nabojami pochodzenia anielskiego.
b) Barrett M82 z lufą obłożoną błogosławionym grawerunkiem. Do zestawu głębiański, dostosowany tłumik zapewniający wygłuszenie niemal absolutne.
c) Nielegalnie posiadany Adramelech 300 TR.
d) Równie nielegalnie posiadany, robiony na zamówienie trzynastostrzałowy Babylon na amunicję wielkokalibrową „pomsta 0,5”.
e) Już zupełnie nielegalnie posiadany, zakazany przez Konwencję Praw Skrzydlatych, czarnomagiczny karabinek NEX AP 666 magnum. Jedna z ulubionych broni Faye.
f) Snajperski karabin Deus Ex Machina pochodzenia niebiańskiego, ale tuningowany w Otchłani.
g) Pistolet Abyssum Vocat 45.
h) Popularna krówka, rewolwer Astaroth 38.

Powyższy spis przedstawia listę broni dostępnych dla Faye. Większość jest przechowywana w piwnicach klasztornych, a także w siedzibie agencji AGLA. Nie oznacza to, że moja postać lata z tym wszystkim po kieszeniach. Każdorazową zmianę w noszonym uzbrojeniu będę uwzględniać w polu profilowym, razem ze stanem sprzętu oraz zapasową amunicją.

Orientacja: Heteroseksualna (aczkolwiek niepraktykująca)

Krótka biografia:

Na początku było Słowo.
A Słowem tym była “kurwa”.
- Kurwa! – stęknął Makatiel, rąbnąwszy o deski podłogowe ciężko jak worek kartofli. Wprost na środku pięcioramiennej, krwawej gwiazdy, wyglądającej jak rozdeptana na parkiecie szkarłupnia. Przejście było ciężkie jak poród matki proroka Samuela. Miał wrażenie, że wykręciło mu stawy, rozszarpało ścięgna, wywichnęło skrzydła, zamieniło ręce z nogami, a głowę z dupą.
Bo się wszawym gnojkom nie chciało wyraźnie rysować.
Zalała go wściekłość.
Poczekajcie, kurwa. Poczekajcie. Zaraz się pozbiera. Zaraz jak wstanie i pierdolnie, to zostanie lej po bombie. Zaraz zobaczycie, co to znaczy wkurzony komandos, co to znaczy Plaga Boża.
Dźwignął się ciężko z podłogi, majestatycznie rozkładając szerokie, grafitowe skrzydła. Wierni wrzasnęli z przestrachu i odskoczyli pod ściany, tuląc się do nich jak do piersi matek. Makatiel machnął dwa razy skrzydłami, potężny podmuch przewrócił świece, rzygnęły stearyną na podłogę i zgasły. Kręciło mu się w głowie, w gardle rodził się wariacki chichot naćpanego szaleńca. Już nabierał powietrza, już szykował się do tyrady poprzedzającej chaos, już omiótł ich spojrzeniem ciskającym gromy…
… I natrafił na najbardziej zielone oczy w całym Uniwersum.

***

Lynette była zielona.
Oczywiście tylko na oczach i czasami na ubraniu. W żadnym innym miejscu, no, może z wyjątkiem serca przepełnionego nadzieją na poprawę świata i zmianę zatwardziałych, ludzkich dusz. Nie była wszak głupia – nie mogła być. Nie ona, nie tak dawno odkryty geniusz literacki, „psycholog serc”, jak ją określały prestiżowe czasopisma branżowe. Nie ona, laureatka najważniejszych wyróżnień literackich, kandydatka do nagrody Nobla.
Nie otrzymała go, ale i tak miała powód do dumy. W końcu byle kto nie zostaje nominowany do Nagrody Nobla w dziedzinie literatury, mając zaledwie dwadzieścia sześć lat i trzy książki w dorobku literackim. Ale wszystkie trzy były kamieniami milowymi w prozie światowej. Niosły ze sobą zdumiewającą dojrzałość i mądrość życiową, porywając miliony, wzbijając się jak na anielskich skrzydłach na szczyty list bestsellerów.
Tak, Lynette Byron miała powód do dumy. Udało jej się coś zrobić, coś stworzyć, coś poruszyć. Zmusić ludzi do myślenia. A także ich uleczyć. Bowiem pisanie nie było jej jedynym sposobem na życie i źródłem zarobku. Lynette, prócz wziętej pisarki, była równie wziętą terapeutką uzależnień. Pracowała dopiero od trzech lat, ale już zdążyła pomóc niezliczonej rzeszy ludzi wyjść z nałogu. W poradni nie zarabiała wiele, zależało jej wyłącznie na satysfakcji z dobrze wykonanej pracy. Zadowoleniu z pomocy cierpiącym. Tak, Lynette lubiła pomagać. Wiedziała, że potrafi, więc uważała to niejako za swój obowiązek. Bóg w końcu dał każdemu talent, by go rozwijał, więc to robiła.
Liczne wywiady przedstawiały zaledwie skrawek jej głębokiej osobowości, ale nawet tyle wystarczyło, by zrozumieć, że panna Byron jest wyjątkowa. Niebanalna uroda i intelekt, zdumiewająca bystrość elastycznego umysłu i pracowitość. Talent łamany na geniusz, bowiem właśnie robiła doktorat z dziedziny psychologii, z powodzeniem godząc obie prace i studia. Wąska talia i szerokie horyzonty. Olśniewający uśmiech i mroczne światy kłębiące się w głowie pod tą niesamowitą czupryną miedzianych loków. Kobieta idealna.
I, jak każda taka, miała jedną, drobną wadę. Właściwie malutką tajemnicę.
Panna Byron była wiedźmą.

***

A Makatiel był aniołem. Dobrze, może nie był wysokim Świetlistym, ale także piastował ważną funkcję. Należał do tych aniołów, które właściwie z powodzeniem można wpakować w poczet Głębian. Dziki wewnętrznie i zewnętrznie. Szalone oczy i aparycja. I, jakże chlubna, posada Plagi Bożej. Tak, tak, szczury, dżuma, szarańcza, susza, kojarzycie? To mój znak firmowy.
Był Aniołem Pańskim, do kurwy nędzy.
W dodatku naćpanym jak dzwoneczek. Dosłownie naprutym jak merkawa. Był nagrzmocony jak rydwan w ogniu, wionął trawą z Fatimy tak potężnie, że ci śmiertelnicy musieli stracić zmysł powonienia, jeśli jeszcze nie zemdleli. Lądujący obok niego Lahatiel, „Płomień Boży” i Hutriel, „Rózga Boża”, byli narąbani w podobnym stopniu. Rąbnęli ciężko, materializując się obok niego w pentagramie. Zrobiło się tłoczno. Któryś podciął mu nogi skrzydłem, tak że runął ciężko na plecy. Z piersi wyrwał mu się wariacki chichot.
Po chwili cała trójka ryczała ze śmiechu, klepiąc się po udach, zaczerwienionych pyskach, wyrywając sobie nawzajem skrzydła z piór i płacząc, dosłownie płacząc z ubawienia. Tylko nie do końca wiedzieli, z czego się śmieją. Właściwie nie do końca wiedzieli, co tutaj robią.
Próbował zrekonstruować wydarzenia.
Na początku spotkali się, żeby uczcić powodzenie akcji. Wyskoczyli na jednego… dwa… dobra, trzy głębsze „Pod Gorejącym Krzakiem”. Potem wytoczyli się z knajpy w szampańskich humorach i poszli… Na Jasność, gdzie oni poszli?
- Stary, gdzie my poszliśmy? – szepnął słabo, gdy skończył mu się atak wesołości.
- Błe – oświadczył Lahatiel, rzygnąwszy mu na buty. Źrenice żółtych oczu miał wąskie jak po praniu. Jak ziarenka maku.
On pewnie miał takie same.
- Dobra, poszliśmy do Księżyców. – Miał na myśli „Pod Setką Księżyców”, jedną z najgorszych spelun w Limbo. – Tam wypiliśmy i… stary, skup się, to ważnie. Komuś przysoliłem. Tylko za co? I komu?
Nic nie pamiętał. Perspektywa wyginała się jak akrobatka na trapezie, a on usiłował prośbą i groźbą nakłonić podłogę, by wreszcie z łaski swojej przestała się ruszać. Nie przestała. Anioł patrzył ponuro na swoje krwawiące kostki prawej dłoni, gdy nagle przez szum uruchomionego w głowie wiatraka przedarły się jakieś głosy.
Szloch.
No tak! Kurwa! Inwokatorzy!
- Eee… - oświadczył niezbyt mądrze, gramoląc się z ziemi. Pomagał sobie skrzydłami, wywołując jeszcze więcej wiatru, który pogasił już kompletnie wszystkie świece. Zrobiło się ciemno. Anioł ze złością strzelił palcami, a piwnicę zalał nagle ostry blask.
Zamrugał gwałtownie i upadł na tyłek, rezygnując z prób wstania.
Na Światłość, co im ten dżinn sprzedał? Dorwie gnoja i każe mu zeżreć tę jego chimerę. Razem z łańcuszkiem. Cholerstwo było mocne, przetrzepało mu ostro flaki i okolice. Lahatiel dalej chichotał, a Hutriel chyba zasnął.
Aniołowie Pańscy, pięknie!
- Spokojnie – jęknął, unosząc obie dłonie w uspokajającym geście. Ludzie tylko wrzasnęli. – Proszę się nie bać, wszystko pod kontrolą, jesteśmy… hik! Wojskiem…
Ludzie mieli oczy okrągłe ze strachu i zdumienia. Makatiel zrozumiał, że mówi po henochiańsku. W języku Sfer Niebieskich.
- Do you speak English?
Osłupiali śmiertelnicy pokiwali głową. Makatiel odetchnął i już nastawił się na orację w języku Szekspira. Na szczęście jako anioł znał dosłownie każdy język świata ludzi.
Mistrz Ceremonii ubrany w jakąś okropnie pokraczną, szlafrokowatą szmatę nagle ogarnął się, uniósł rytualną różdżkę i zagrzmiał donośnym tonem.
- Duchu Piekieł! Który, wezwany, stawiasz się w ogniu łez i deszczu siarki! Który, kornie schyliwszy czoło przed świętymi symbolami, objawiasz się w postaci miłej oku!
Makatiel uniósł brwi. Że niby oni mili oku? Bladzi i spoceni, z potarganymi skrzydłami, włosami w nieładzie i w pogniecionych, upapranych ciuchach?
- Czy ja, kurwa, kornie chylę czoło? – spytał nagle dziwnie przytomny Lahatiel. Plaga Boża znał ten ton. Szykuje się niezły syf.
Sam też się żachnął. Niezrażony mag od siedmiu boleści kontynuował!
- Który, spętany świętą mocą pentagramu, posłuszny masz być mej woli!
- No kurwa, nie! – jęknął poirytowany Lahatiel. – Trzymaj mnie, bo mu…
- Ugnij się, duchu nieczysty, podług mego rozkazu…!
- Nie, stary – przerwał mu Makatiel, rozsierdzony tą tyradą. – To ty się ugnij.
Anioł spojrzał mu w oczy, a Mistrz Ceremonii nagle kwiknął, zgiął się w pół i runął na kolana, siny na twarzy. A Makatiel ujrzał znów najbardziej zielone oczy na świecie. Zadygotał, czując jak dłonie mu się pocą ze stresu. Aż zaschło mu w ustach.
Na Jasność, nigdy się tak nie denerwował. Nawet w trakcie akcji.
Po prostu osłupiał.
Dziewczyna była przepiękna. Taka pełna życia, młoda. Przestraszona, ale i… ciekawa? I zaniepokojona, ale nie klasycznym lękiem stukniętego człowieka, który próbował wezwać demona i przez przypadek coś faktycznie wpuścił. Patrzyła się na jego pokaleczoną dłoń, zagryzając pobladłe wargi. Oczy miała zielone jak trawniki w Ogrodzie Siedmiu Rozkoszy.
Lahatiel zdążył już wstać, otrzepać się jak pies wychodzący z wody i przekroczyć pentagram. Splunął na podłogę.
- Co za szajs – stwierdził z odrazą. – Jak coś robicie, to róbcie to porządnie. Co wy sobie myślicie, że to jakaś zabawa? Gra grupowa w „Przyzwij Demona”? Przecież to boli. Wiesz, jak nas przetrzepało na przejściu? Stary, aż otrzeźwiałem. Powinienem się na ciebie porządnie wkurwić za to, wiesz? Chciałem być pijany. Ale nie, będą przyzywać, niedojdy. Patrz na moje pióra! WYGLĄDAM JAK NASTROSZONA KURA, BYDLAKU!
- Laha, zluzuj – bąknął Makatiel, podnosząc się chwiejnie z podłogi, wciąż wpatrzony w te niesamowite oczy. Dziewczyna nie spuściła wzroku. A powinna.
W końcu był aniołem.
Mistrz Ceremonii skomlał coś u stóp Lahatiela. Anioł szturchnął go czubkiem buta, ale delikatnie. Złość już z niego parowała, razem z działaniem prochów. Robił się po prostu zmęczony. Potarł wierzchem dłoni nos, dziwnie zaczerwieniony. Żółte oczy miał rozbiegane, wzrok nieostry, na ustach błąkał mu się chory uśmiech. To nie wyglądało dobrze, lada chwila mógł znowu się wściec.
A wtedy właśnie dziewczyna odezwała się.
- Czy panowie są pod wpływem substancji psychoaktywnych? – palnęła.
Świat się zatrzymał.
Lahatiel się obrócił.
Ładny ma głos, pomyślał głupio Makatiel, rozprostowując ostrożnie skrzydła. On też miał połamane, poprzestawiane lotki. Impet przejścia postawił wiele z nich na sztorc, wyglądał jak nabzdyczony gołąb.
- Substancji psychoaktywnych? – powtórzył Lahatiel, wybuchając rechotem. Schylił się i dźwignął z podłogi śpiącego w najlepszę Hatriela. – Substancji, kurwa, psychoaktywnych! Ja cię sunę, Makatiel! Substancji psychoaktywnych!
- Słyszałem, świrze – mruknął Makatiel. Wzrok mu się rozmazywał, zaczynał się skupiać na dziwnych szczegółach. Plamy stearyny nagle stały się dziwnie pociągające. Anioł się zachwiał.
A żebyś wiedziała, ślicznotko, pomyślał kwaśno. Ostry śmiech Lahatiela świdrował mu uszy.
- Dosyć, wychodzimy – mruknął, chwytając anioła żelaznym uściskiem pod ramię. Płomień Boży dalej chichotał jak stuknięty smok. – A przy okazji, jesteśmy aniołami. Tak gwoli ścisłości.
Trzasnęły za nimi drzwi, gdy wychodzili z piwnicy, zostawiwszy za sobą osłupiałych inwokatorów, smród zgaszonych świec i te nieprawdopodobnie zielone, najcudowniejsze na świecie oczy.

***

Szczerze mówiąc nie sądził, by kiedykolwiek jeszcze miał ją spotkać. Dni mijały, a on coraz bardziej utwierdzał się w pewności, że zielone oczy były wytworem jego chorej, przećpanej wyobraźni. Gratisem od dżinna dołączonym do dilerówek pełnych trawy i malutkich fioleczek z Gwiazdą. Darem halucynoginnej bogini, której oddali się, poszukując jasności.
Po tygodniu był właściwie pewny. Ale to wcale nie znaczyło, że czuł się z tym lepiej.
Przeciwnie.
Czuł się źle. Cholernie źle.
Odkąd wrócili do koszar, łaził nabzdyczony. Odpowiadał monosylabami, traktował niegrzecznie kolegów, niemalże zaczynał pyskować przełożonym. Na błogosławioną słodycz Królowej, niewiele brakowało, by odszczeknął Alimonowi! Samemu Mistrzowi Ran!
- Wiesz co, Makatiel? – powiedział wtedy dowódca Komanda Szeol, położywszy aniołowi dłoń na ramieniu. – Odpocznij sobie. Należy ci się.
- Ja nie…
- Odpocznij, synu. I znajdź swój mózg, bo chwilowo chyba myślisz czymś innym.
Wściekł się. Wcale nie o to chodziło! Dobrze, dziewczyna była ładna, ruda, drobna, ale krągła tam, gdzie trzeba było… Pod warunkiem, rzecz jasna, że istniała, a nie istniała! To tylko projekcja jego wyobraźni! Nic dziwnego, że była doskonała, skoro przecież to jego podświadomie pielęgnowana wizja ideału!
A teraz jego wizja ideału siedziała schludnie na środku pentagramu ochronnego, a on sam głupio składał i rozkładał skrzydła, nie rozumiejąc, co się stało. Przed chwilą jeszcze szedł do koszarowej kantyny. W przerwie pomiędzy jednym krokiem a drugim zjawił się tutaj. Tak nagle. To był skok, nienaganny, zupełnie płynny, zupełnie tak, jakby inwokator był profesjonalistą. Tylko że Makatiel nie zamierzał nigdzie skakać.
Nasuwający się wniosek był absurdalny.
- Przywołałaś mnie? – zapytał tępo, unosząc brwi. Dziewczyna nagrodziła go uśmiechem piękniejszym niż wszystkie Nieba razem wzięte.
- Aha! – potwierdziła wesoło, siadając wygodniej. Położyła sobie nawet poduszkę, mała cholera. Podobna leżała pod stopami anioła. – Usiądzie pan?
- Makatiel – wymamrotał odruchowo, siadając.
Było mu niewygodnie ze złożonymi skrzydłami. Były wyjątkowo duże. Jeśli normalnego skrzydlatego z jego asortymentem pierzastym porównać do gołębia, to Makatiel był jastrzębiem. Jego skrzydła sięgały od ściany do ściany, połyskując paletą barw od bardzo jasnej szarości u nasady, po ciemny grafit na czubkach. Koniuszki lotek były niemal czarne, a pióra załamywały światło tęczowo, lśniąc głębokim odblaskiem. Były przepiękne.
Makatiel rozłożył skrzydła na całą szerokość, ale wtedy końcami lotek niechcący zahaczył o jakieś bibeloty na regale. Anioł strącił je i zmieszał się, a dziewczyna tylko machnęła lekceważąco ręką. Najwidoczniej same skrzydła Makatiela były dla niej ciekawsze niż ta śliczna, porcelanowa figurka, która teraz rozproszyła się w dziesiątki skorupek.
- Wiem, jak masz na imię – powiedziała, przechodząc na „ty”. – W końcu cię przywołałam. Jestem Lynette.
Przełknął ciężko ślinę, niejasno zdając sobie sprawę, że dzieje się tu coś niesłychanie ważnego. Lynette. Piękne imię.
Potarł nerwowo nadgarstek, tam, gdzie wciąż goiła się ranka po ostatnim samookaleczaniu. Gwiazdę należało wylać na otwartą ranę, by zadziałała. Nagle poczuł się jak zwykły ćpun z dna rynsztoka, brudny żołdak w salonie pensjonarki, równie pełen wdzięki i chwały co sedes w rumuńskiej toalecie publicznej.
- Dlaczego? – wykrztusił tylko.
Wzruszyła ramionami.
- Niewiele pamiętam z seansu – wyznała cicho. – Musiałam być w szoku. Ale pamiętam twoje oczy. I zachowanie. Wiesz, jestem terapeutką uzależnień i kiedy was widziałam, szczególnie tego drugiego anioła, pomyślałam, że zachowujecie się kompletnie jak moi pacjenci… I chciałam z tobą porozmawiać. Dlatego cię przywołałam. Zmodyfikowałam trochę rytuał przywołania demona, dostosowując go do anioła, nie wiem, czy zrobiłam to dobrze, ale zaklęcia wiążące chyba działają. W każdym razie nie możesz opuścić pentagramu.
Makatiel uniósł czujnie głowę i zmrużył stalowe oczy, a dziewczyna nagle podskoczyła na swojej poduszce i rozpaczliwie zamachała rękoma, jakby się bała, że anioł źle ją zrozumie.
- Nie, nie! Nie jesteś więźniem, wypuszczę cię. Chciałabym tylko zadać ci kilka pytań. – Spłonęła rumieńcem. Dopiero teraz zauważył, że ściska w dłoni mały notatnik.
Widok jej zaróżowionych policzków wywołał lekki skurcz.
- Pytaj – powiedział znacznie bardziej miękko, niż by sobie tego życzył.

***

Nie miał pojęcia, jak to się stało. Po prostu samo wyszło. Zaczęli rozmawiać. Makatiel uświadomił sobie, że tak naprawdę nigdy nie miał okazji z kimś szczerze i od serca porozmawiać o tym, co czuje. Lynette była wyrozumiała, zadawała mądre pytania i chyba niczemu się nie dziwiła. Pytała go o pracę, na co odpowiadał zdawkowo, nie chcąc zdradzać sekretów Szeolitów, a także o przyjaciół, o których mówił bardzo chętnie. Zdiagnozowała u niego uzależnienie, nawet uniesieniem brwi nie kwitując faktu, że czynnikiem uzależniającym jest tu woda z Lourdes i trawa z Fatimy. A potem tak po prostu, najzwyczajniej w świecie…
Zaczęła go leczyć.
W końcu była terapeutką.
Pytała o stosunki w rodzinie i nawet się nie zająknęła, gdy jej wyjawił, że aniołowie nie mają rodzin, a rodzą się poprzez nieustającą pieśń wszechanioła Metatrona Wretila. Gładko przyjmowała wszystkie rewelacje na temat Królestwa i Głębi. Bo mówił jej także o Głębi. Mówił jej bardzo dużo.
A ona notowała.
Wiedział, że była pisarką. Pewnie umieści to w swojej książce. Nie dbał o to. Pomagali sobie wzajemnie, opowiadając o sobie. Powoli, bardzo powoli zawiązywała się pomiędzy nimi nić porozumienia, cienka jak włos, ale powoli zyskująca twardość stali.


***

Pilnie obserwowała niebo. Nie sposób było umówić się z Makatielem na konkretną datę, czas w ich rzeczywistościach płynął inaczej. Termin wyznaczała koniunkcja planet. Gdy nadchodził czas, zasuwała szczelnie zasłony i odsłaniała dywan, pod którym wymalowała stały, porządny pentagram. Ustawiała trzynaście świec o różnej długości. Paliła w kamiennych miseczkach kadzidło i mieszała zioła, obsypywała swój ochronny krąg solą. Brała notatnik i siadała w środku.
Tak jak teraz.
Inwokacji nauczyła się już na pamięć. Recytowała słowa w obcym, dawno wymarłym języku bezbłędnie, czystym, jasnym głosem. Anioł zjawił się bezszelestnie na środku pentagramu, ze świstem rozprostowując skrzydła, wysoki, blady, smukły i piękny.
Zauważyła to od razu. Nijak nie pasował do stereotypu anioła ze swoimi lśniącymi jak onyks, czarnymi włosami spływającymi do połowy pleców w prostych, gładkich pasmach. Oczy miał srebrzyste i ostre, płonące jak u wilka, nie zaś naiwne i lazurowe. Nie miał pucołowatej buzi, a pociągłą, suchą twarz o bladej cerze i wąskim, wrednym podbródku. Nie wyglądał mdło, bezpłciowo i androgenicznie.
Och, za cholerę nie.
Był ostry, wyrazisty i tak diabelnie płciowy, że bardziej się już nie dało. Patrząc na jego szerokie barki, umięśnione ramiona, smukłe biodra i długie nogi, dopiero teraz zaczynała rozumieć definicję słowa „mężczyzna”.
Uśmiechał się krzywo, siadając przed nią. Nie robił tego specjalnie, po prostu lewy kącik unosił się szybciej i wyżej niż prawy, jakby anioł miał w prawej części twarzy delikatny paraliż. Dawno już zaczęła zauważać jego drobne nawyki, jak nawijanie kosmyków włosów na palec, poznaczone bliznami kostki palców, inne ślady walki. Cieszyło ją, że widzi takie drobiazgi. Makatiel był jej coraz bliższy i dalszy zarazem.
- Cześć – powiedział wesoło. Miał dziwny głos – teoretycznie miękki, a w praktyce czasem wpadający w chropawy ton. Strasznie frapujący i seksowny.
Łączyło ich zamiłowanie do muzyki (jak na anioła, znał się całkiem nieźle na ludzkich kapelach), przyrody i historii. Lynette z cielęcym wzrokiem słuchała jego opowieści o królu Salomonie, królowej Saby, o plagach egipskich, które według niego, anioła Plagi, stanowiły kompletny majstersztyk… Ale wciąż dzieliła ich linia pentagramu.
Magiem była zdumiewająco dobrym, jak na człowieka. Składały się na to różne czynniki – talent, wrażliwość, umiejętność wyczuwania subtelnych przekazów, dokładność i ostrożność. Jej pentagram naprawdę przyzywał konkretnego anioła, tak jak te Salomonowe, nie był zaś tylko dyndającą na zawiasach wymiarów furtką do tego świata, którą Makatiel mógłby wywarzyć sobie kopem i wejść. Oczywiście myliła się co do tego, że nie będzie mógł z niego wyjść. Mógłby. W sumie miała szczęście, że nie był aniołem aż tak wysokiej klasy, w dodatku nie był wrogo nastawionym. Wystarczyłoby trochę się postarać i zerwałby z siebie niewidzialne pęta.
Ale nie chciał.
Za cholerę nie chciał robić nic wbrew tej dziewczynie.
- Jak się dziś czujesz? – spytała, wyciągając podkładkę. – Chciałbyś mi o czymś opowiedzieć?
O wszystkich cudach tego świata, dziewczyno, pomyślał, ale potrząsnął głową.
- Czuję się dobrze.
- Brałeś?
- Nie.
- Paliłeś?
Zawahał się.
- Nie.
- Makatiel!
Skrzydła mu oklapły. Skulił się w sobie, co wyglądało w wykonaniu tak potężnej dla Lynette istoty nawet śmiesznie. Sięgnęła do leżącej wewnątrz pentagramu miseczki i rzuciła w niego garścią ziół.
- Nie kłam – zastrzegła surowo. – Co się stało, że znowu zapaliłeś?
- Nic konkretnego – burknął nadąsanym tonem, strzepując z bluzy wojskowej zielsko. Nienawidził zapachu rozmarynu. Nie chodziło o żadne magiczne właściwości, po prostu nienawidził rozmarynu. – Po prostu wyszliśmy z kumplami na kielich „Złotej Hydry”. „Hydra” to taki trunek głębiański, polecam, mogę ci kiedyś przynieść flaszkę, napijemy się…
- Nie sądziłeś czasem, że twoi koledzy wywierają na ciebie presję?
- Hę?
- Zmuszają do palenia razem z tobą? Zażywania narkotyków?
- No co ty! – obruszył się. – Do niczego mnie nie zmuszają. Po prostu…
- No? – ponagliła go.
- Po prostu jak wszyscy, to i ja też – zakończył płasko. – Dla towarzystwa.
- Jak by zareagowali, gdybyś im powiedział, że tym razem nie bierzesz?
Jak by zareagowali?
Lahatiel by mnie chyba zabił śmiechem, Hatriel by kazał mi skończyć pierdolić. Gamerin pewnie by się nie czepiał. A Alimon…? Na Jasność, nie napić się z Alimonem!
- Nie wiem – mruknął.
- To sprawdź i mi powiedz. Jeśli są prawdziwymi kumplami, powinni uszanować twoją decyzję. To u aniołów powinno działać tak samo jak u nas.
Zatrzasnęła notatnik.
- Na tym chyba dzisiaj skończymy – powiedziała, odgarniając z twarzy rudy lok. Makatiela zaświerzbiły ręce, by zrobić to samemu. – Chcesz mi coś jeszcze powiedzieć?
- Wyglądasz ślicznie – wypalił.
Zaśmiała się wdzięcznie.
- I coś jeszcze?
- I… - zawahał się. Nagle zaschło mu w ustach, przełknął ciężką ślinę o rozmarynowym posmaku. – Zdejmij osłony.
Drgnęła.
- Co?
- Pentagram. Zniszcz go. Po prostu zamaż jedną część, zarysuj okrąg, albo zetrzyj którąś z run blokujących. Wypuść mnie.
Zbladła nagle jak płótno.
Wypuścić Makatiela? Wypuścić Anioła Plagi? Komandosa? Ćpuna? I co wtedy zrobi? Mógłby ją nawet zabić i wyjść na miasto, narobić bydła i spokojnie wrócić do siebie! Co z tego, że ona dobrze wie, że Makatiel nigdy czegoś takiego by nie zrobił?!
A zresztą… skąd mogła wiedzieć?
Był w końcu aniołem.
Istotą bliską i zarazem obcą.
Makatiel przysunął się do samego skraju pentagramu, muskając brzeg długimi, smukłymi palcami. Jego oczy pałały hipnotyzującym blaskiem.
- Wypuść mnie, Lyn – powiedział bardzo cicho.
- Możesz sam wyjść – zaprotestowała słabo. – Prawda, że możesz? Moje bariery chyba nie są aż tak mocne.
Skinął głową, ale milczał.
Minuty ciekły przez palce jak piasek. Anioł milczał nieruchomo, zatopiony we własnych myślach, a jego twarz z każdą sekundą coraz bardziej przypominała marmurową rzeźbę. Posąg skrzydlatego zdjętego nieopisanym smutkiem. Alegorię zawiedzionego zaufania. Dziewczyna nagle wpadła w popłoch.
Drżącymi palcami skrobała na stałe wyrysowany pentagram, drapała paznokciami runy, nie zauważając nawet, że pod ręką ma całkiem ostry nóż rytualny. Klęczała, drapiąc i skrobiąc, zagryzając wargi do krwi i czując, że z przyczyn niejasnych zaraz się rozpłacze. Ale tyle wystarczyło.
Poczuła jego dotyk na nadgarstkach, wibrujący energią jak nadchodząca burza, zimny i gorący zarazem, zniewalająco gładki i chropawy. Dłonie anioła. Dłonie żołnierza. Dotyk krwi i dotyk nieba. Nigdy jeszcze nie znalazła się tak blisko, patrząc w stalowe oczy, nagle z całą pewnością rozumiejąc, że on ją może zabić. Nawet niechcący. Nieświadomie skręcić kark. Puff i nie ma. To jak nadepnąć chomika.
Ale on był bardzo delikatny.
Całował ją delikatniej niż ktokolwiek przedtem.


***

Nie sądził, żeby to mogło być prawdziwe. Ale było.
Och, wiedział o Uzjelu, o wyższych Świetlistych, którzy u zarania dziejów dopuścili się grzechu z córkami Adama. Nieźle na tym wyszli. Przynajmniej Uzjel, sprawił sobie naprawdę ładny kawałek niebieskiej wiedźmy. Tylko że Makatiel nie był wcale wyższym Świetlistym, poza tym wizja dziecka spłodzonego z Ziemianką była wręcz nieprawdopodobna.
Ale prawdziwa.
Poza tym Makatiel, jako Anioł Kary, Plaga Boża, poniekąd funkcjonował po trosze w Głębi. Troszeczkę jako demon. Demonom jest łatwiej zapłodnić śmiertelniczkę. Może o to chodziło. Ale, na Jasność, nawet prace pod kątem Antychrysta nie posuwały się do przodu! A tutaj on, Makatiel…!
Zareagował szybko, organizując swojej ślicznej dziewczynie, swojej zielonej wiedźmie, przyszłej mamusi, natychmiastową wycieczkę do Rzymu. Miał tam kontakt. Matka Bernadetta powitała go bez żadnych pytań i obiecała zająć się ciężarną.
Cudem uniknął plotek. Na szczęście trudno o bardziej dyskretną społeczność niż zakonnice, zaś nieliczni skrzydlaci wiedzący o całej akcji przysięgi na imię i honor trzymać pyski krótko. Zawiązano spisek niezgorszy od tego Mrocznych ze Świetlistymi. W przytulnych murach zakonu karmelitanek Lynette czekała rozwiązania.
Doczekała się za wcześnie.
Dziecko przyszło na świat o miesiąc za szybko. Matka Bernadetta robiła, co mogła. Ściągnięto nawet śmietniskowego leprechauna, ale niektórych rzeczy po prostu nie sposób obejść. To była tylko śmiertelniczka, wątły organizm, który zmuszono do przyjęcia w siebie siły i witalności anioła. Nosiła pod sercem Nefilim, które rozepchnęło się tam jak pan na włościach i głośno domagało się praw do życia.
Lynette nie przeżyła porodu. Zmarła w trakcie kilku godzin po porodzie, choć sprowadzeni lekarze ludzcy, a także medycy i magowie rozkładali ręce. Padł nawet pomysł ściągnięcia Algiviusa, ale nikt nie miał do niego kontaktu. Dziecko było duże, ponad cztery kilogramy, a w dodatku podczas porodu nieustannie pobierało energię matki. Nie przeżyła bólu, poharatanej macicy, ubytku sił i zmęczenia.


***

W wąskim korytarzu nie mieścił się ze skrzydłami. Trzymał je ciasno przy plecach, zmuszając, by przestały drżeć. Sam siebie zmuszał, wrzeszczał na siebie w myślach. Przestań dygotać. Uspokój się. Zrób coś.
Ona nie żyje.
Lynette nie żyje.
Okej, co dalej?
Prosta odpowiedź – nic. Null. Finito. Makatiel, przy całej swojej bujnej wyobraźni, nie potrafił sobie wyimaginować dalszego życia bez swojej rudej wiedźmy. Chciał zerwać się i gonić jej anioła stróża, złapać go, wytłumaczyć, znaleźć duszę dziewczyny, ale wiedział, że to bez sensu. Pewnie już dawno została oddelegowana do raju, a tam jego, brudnego żołdaka, nikt nie wpuści. Będzie mógł pewnie starać się o wizytę, jeśli przedstawi całe tony dokumentów i zaświadczeń. Co za farsa.
To wszystko przez niego.
Moja wina.
Moja wina.
Moja bardzo wielka wina.
- A… dziecko? – spytał ochryple, nie panując nad głosem. Bernadetta zaciskała bezwiednie dłoń na ogromnym krzyżu wiszącym na jej równie pokaźnej piersi.
- Żyje.
Ono żyje. A Lynette nie. No dlaczego? Jasności, kurwa, dlaczego?
To tak samo jego wina. Mały pasożyt. Wcale się o dzieciaka nie prosili. Jasne, mogli uważać, ale ten pieprzony bachor mógł się przecież z łaski swojej nie urodzić! Nie powstać w ogóle! Jego pieprzony, anielski plemnik mógł tym chorym sposobem nie wniknąć do jej komórki jajowej! A skoro już wniknął, to ta chrzaniona zygota powinna chyba mieć na tyle rozumu, powinna wiedzieć, co się święci i być na tyle uprzejma, by się w macicy nie zaimplantować! Co za syf! Syf i malaria!
Makatiel poczuł wybuch nienawiści do dziecka, niszczący jak eksplozja supernowej, palący do granic szaleństwa.
- Chcesz je zobaczyć?
- Chcę – wyszeptały bezgłośnie wargi.
Chciał je zobaczyć. Zadusić. Zabić. Rozszarpać. Zmiażdżyć. Rozerwać za pół. Rzucić na ziemię i podeptać, zemścić się, odebrać mu życie tak samo, jak ono odebrało je Lynette. Oko za oko, ząb za ząb. Tak. Poniesie śmierć. W końcu jest Bożą Plagą.
Czas na rzeź niewiniątek.
Ładne mi niewiniątko, kurwa.
Przemierzał korytarze jak widmo Apolyona, równie mroczny i straszny. Żądny śmierci. Znał śmierć, rozumiał tylko śmierć. Szedł zadawać śmierć. Nie chciał żadnego dziecka. Chciał swoją Lynette. Chciał ją wziąć do nieba. Albo chociaż do Limbo. Limbo z Lynette byłoby naprawdę fajnym kawałkiem miejsca do życia.
Ale już nie ma.
Nie ma jej.
Nie ma nic.
Jest tylko dzieciak, którego należy zniszczyć. Rozszarpać. Tak.
Wszedł do salki inkubacyjnej, powitany przez siostry skinięciami głowy i współczującym wzrokiem. Nie zdziwił je widok anioła. Wiedziały o wszystkim. Makatiela wezwano przed chwilą poprzez pentagram, pozostawał więc materialny. W sam raz, by móc wziąć swoje dziecko na ręce. Dusić. Rozszarpać. Zabić.
Siostra Maria podniosła coś troskliwie i odwróciła się w jego stronę.
Zabić.
Zabić.
Odchyliła kocyk.
Zabić. Zadusić. Rozszarpać. Za…
… A wtedy zobaczył najbardziej srebrzyste oczy w całym Uniwersum. Jasnoszare, przy źrenicy niemalże białe, przy obwódkach wpadające w kolor ciemnej stali. Słyszał, że wszystkie niemowlaki rodzą się z oczami błękitnymi, ale to nie było normalne dziecko.
- Nazywa się Faye – poinformowała siostra. Jej rysy łagodniały, gdy kołysała dziecko w ramionach. Makatiel stał bez ruchu, nagle dziwnie zdetonowany, wzruszony do granic i przejęty jakimś niezwykłym misterium, którego nie rozumiał.
Pan powiedział u zarania dziejów: Będziesz rodziła w bólach. Lyn tych bóli nie wytrzymała. Ale oto i jest. Zrodzone, a nie stworzone.
Jeśli patrzeć po oczach, to całkiem współistotne ojcu.
- Nazywa się Freya – parsknął z naciskiem. Nie będzie mu pingwinica dziecka nazywała. Ale nie potrafił się zdenerwować, nie potrafił czuć żadnej negatywnej emocji. Złość wyparowała. Czuł teraz wyłącznie wstyd za poprzednie myśli.
Jak mógłby chcieć skrzywdzić swoje dziecko? Pan kocha dzieci. Lynette, jego słodka Lynette oddała życie, żeby urodzić ich córkę. Nie przyłoży ręki do jej krzywdy, przeciwnie. Mała, nie masz przydzielonego z urzędu stróża, ale nie bój chimery. Masz tatę komandosa. Stróż jak się patrzy.
- Mogę? – szepnął, wyciągając ramiona.
Siostra bardzo delikatnie ułożyła mu na rękach dziecko, a wtedy poczuł się, jakby dostąpił zaszczytu oglądania Jasności. Jakby stał przed Białym Tronem, gnąc się w pokłonach, nie mogąc spojrzeć w oślepiający majestat. A teraz miał go w ramionach. W jednym błysku zachwytu zrozumiał, dlaczego pan tak ukochał sobie ludzi.
- Matka chciała, żeby było Faye. Po babci– wtrąciła niepewnie siostra. Może lepiej się nie kłócić…? Nie wiadomo, co mu strzeli. To w końcu anioł.
Makatiel zacisnął zęby.
- Miało być Freya – syknął. No, ale przecież nie będzie się kłócił z ostatnią wolą zmarłej. – Niech będzie. Cześć, Faye. Witamy na świecie, laleczko.
Faye odwróciła na ojca swoje wielkie, srebrzyste oczy i mrugnęła, jakby się zgadzała. Uśmiechnęła się nagle, wyciągając małą, pulchną łapkę i chwytając anioła za włosy. Szarpnęła. Lekko, przecież niemowlę nie może mieć większej siły, ale i tak czuł w kościach, że wyrośnie na niezłą rozrabiakę. Po ojcu.
Faye zaczęła się wiercić i wygrzebywać z kocyka. Dopiero teraz zauważył, że z jej pleców wyrastają dwa malutkie, skurczone skrzydełka. Były cieniutkie i kulawe, o kościach tak drobnych, że wręcz ażurowych. Mniejsze niż skrzydełka kurczęce. Dziewczynka poruszyła tylko lewym, prawe zwisało bezwładnie. Makatiel poczuł nagle straszliwy żal.
- Trzeba będzie je amputować – powiedziała cicho Bernadetta. – Jak najszybciej, dopóki jest mała. Na tych skrzydłach nigdzie nie poleci, a ich brak wiele uprości. Rozumiesz mnie?
Skinął głową. Rozumiał.


***

Mała Faye rosła jak na drożdżach. Szybko okazało się, co jest z niej za ziółko. Ledwo nauczyła się mówić, a już zaczęły się kłótnie i pyskówki. Szybko przyswoiła sobie mistyczną sztukę chodzenia i odtąd cały zakon karmelitanek stawał na głowie, by upilnować niesfornego urwisa. Bernadetta ze śmiechem mówiła, że Makatiel musi być głębiańskim szpiegiem podszywającym się pod anioła, skoro jego dziecko jest istnym diabelskim nasieniem.
Zaś sam anioł widywał ją tak często, jak tylko mógł. Czyli i tak rzadko. W trakcie każdej misji stawał się podwójnie ostrożny, wiedząc, że ma żyć już nie tylko na chwałę Pana i w interesie Królestwa, ale i dla swojej córki.
Potajemnie zaczął ją szkolić. Dziecko uczyło się bardzo szybko i chętnie. Przyswajała sobie wymarłe oraz nowożytne języki, w ogrodach zakonnych trenowała fechtunek. Przeżyła swoją pierwszą wielką miłość – do broni palnej. Ten romans kwitł z powodzeniem i wszystko wskazywało na to, że czeka ją udane pożycie z klamkami.
Radziła sobie coraz lepiej.
Makatiel starał się zjawiać na każdej jej urodziny. Przysługiwał mu też urlop. W jego trakcie potajemnie zabierał Faye z Ziemi do Limbo, gdzie miał własnoręcznie wyremontowane mieszkanie. To była właściwie klitka, ale zabierał córkę do siebie na dwa tygodnie, które traktowała jak wakacje. Pokazał jej wiele i nauczył ją jeszcze więcej. Pomógł z opanowaniem swojego daru. Co najważniejsze, udawało mu się zachować istnienie dziewczynki w sekrecie. Albo przynajmniej miał nadzieje, że udawało.
Na piętnaste urodziny zorganizował jej motocykl. Maszynę odpicowaną podobno przez zaufanego człowieka Kamaela, kumpla, w którego uczciwość nie wątpił. W dodatku z zaklętą duszą konia. Nafta był trochę burkliwy i dziwny, ale nie wątpił, że Faye sobie z nim poradzi.
Poradziła.
I to jak.
Jakiś czas potem zaczęły się plotki. Pomruknięcia i burknięcia, szepty, niechętne komentarze od tych, którym obiła mordę. Niekiedy wyrazy uznania i podziwu. I ksywki. „Mała Harpia”. „Centurion Szczurza Śmierć”.
„Bicz Boży.”

***

Siedziba włoskiego oddziału agencji AGLA mieściła się na tyłach „Siódmego Nieba” – speluny dla skrzydlatych i nieskrzydlatych o tak podłej renomie, że o gorszą trudno było. Tutejszym zwierzchnikiem był rosły geniusz o imieniu Asker.
O ile w ogóle geniusz może być rosły. Ten, jak widać, był. Geniusze z natury są niskimi, wychudłymi, zapadłymi w sobie istotami o ziemistych cerach i długich nosach. Ten był wysoki jak Drzewo Poznania Dobra i Zła, wielki jak sarkofag Ramzesa, nos miał perkaty, a głos jak trąba jerychońska.
Ale dalej nie wystarczyło, by wyprowadzić dziewczynę z równowagi.
- Jeszcze raz, dlaczego chcesz wstąpić do agencji? – Geniusz splótł przed sobą palce dłoni. Siedział za sporym, zagraconym biurkiem, a Faye zajmowała zdezelowany fotel naprzeciwko, paląc papierosa. Fotel był chyba pierwszym egzaminem przyszłego agenta na zręczność, bowiem utrzymanie się prosto na rozklekotanym meblu wymagało sporych jej pokładów.
- Z tych samych powodów, o których mówiłam ci za dziesiątym i jedenastym razem – odparła spokojnie. – Ponieważ się nadaję. I chcę to robić.
- Zabijaką możesz być gdziekolwiek. – Wzruszenie ramion. Był naprawdę umięśniony. – Chociażby u Raguela.
- Jasne. Zamierzam tam pójść z moim CV, jeśli mnie ostatecznie odrzucisz. Potem pod nóż pójdzie Komando Szeol, w końcu trzeba być ambitnym.
Ciemne oczy geniusza błysnęły.
- Znasz się na układach – stwierdził z niemałym zdziwieniem. – Nie jesteś zwykłym człowiekiem, co?
- Nefilim – powiedziała sucho. Uniósł brwi, ale nie drążył.
- AGLA nie jest zwykłym zrzeszeniem dla mordojebców, tylko…
-… rodzajem nadnaturalnej policji zrzeszających zamieszkujących Ziemię skrzydlatych, nieskrzydlatych i wszelki inny element nadnaturalny, wspólnie dbający o pokój i dobro. Pax et bonum i tak dalej. Współpracujemy z wywiadami Królestwa i Głębi, przyjmujemy od nich niekiedy zlecenia. Jako że znamy Ziemię znacznie lepiej niż skrzydlate oddziały specjalne, wykonujemy tu akcje. Czasami służymy pomocą tam. Zbieramy informacje. Pomagamy w ucieczkach i ewakuacjach, jesteśmy kurewsko dobrymi Samarytanami i w ogóle Belzebub nie siada. Od czasu do czasu trochę egzorcyzmujemy, bo egzorcyzmy są fajne, szczególnie te Emily Rose. Coś pominęłam?
- Kulturę wypowiedzi w kontaktach z szefem – oznajmił niezrażony geniusz, a w kącikach jego oczu taił się uśmiech.
- Czyli… jestem przyjęta? – Aż zgasiła papierosa na popielniczce z wizerunkiem wyjątkowo brzydkiej chimery.
- Zaczynasz od jutra.
I tak zaczęła się historia.

Mocne strony:
- Jako półanioł reaguje na niebiańskie środki uzależniające, ale trzy razy słabiej. Żeby się porządnie urżnąć, musi wypić, wciągnąć lub wypalić znacznie więcej niż normalny anioł. Trzeba w tym miejscu dodać, że Faye czasem nie wylewa za kołnierz.
- Nie istnieje taka ilość wyprodukowanego w Królestwie, Głębi i na Ziemi alkoholu, którą musiałaby wypić Faye, aby uwalić się na tyle, by się zacząć puszczać. Ile (i czego) by się nie nawaliła, nie da się dotknąć, jeśli by sobie na trzeźwo tego nie życzyła. Właściwie po używkach staje się szczególnie drażliwa na punkcie różnicy płci.
- Mimo niepozornego wzrostu i drobnej postury, jest całkiem silna. Nikogo nie dziwi, że jest zdolna położyć nawet rosłego śmiertelnika, natomiast godne uwagi jest to, że radzi sobie również z nieśmiertelnymi.
- Jest całkiem inteligentna i bystra. Łatwo kojarzy fakty, umie działać elastycznie, cicho i nieprzewidywalnie. Ma też całkiem ostry jęzor.
- Można powiedzieć, że w niektórych sytuacjach włącza jej się chora, heroiczna, samobójcza odwaga.
- Nie poddaje się presji.
- Mimo że czasem czuje się gorsza w towarzystwie skrzydlatych (głównie z uwagi na kompleks skrzydeł), nigdy nie żałowała tego, kim jest. Zdecydowanie dodaje jej siły świadomość, że Makatiel mimo wszystko naprawdę kochał jej matkę, a ona sama nie jest owocem gwałtu i aktu przemocy, tylko wzajemnego uczucia stworzonych przez Pana istot. Nie uważa, żeby jej ojciec i matka zrobili coś złego, głęboko wierzy też, że Jasność nie może potępiać miłości, nawet jeśli wiąże anioła i człowieka.



Słabości:
- Faye urodziła się w szpitalu przyklasztornym i wychowała pod czujnym okiem sióstr karmelitanek, w towarzystwie wyłącznie kobiecym. Dopóki nie osiągnęła dojrzałości, rzadko kiedy widywała mężczyzn. Byli to głównie nauczyciele, nieliczne istoty ponadnaturalne, z którymi utrzymywała kontakt oraz ojciec. Przez to obecnie, gdy jest już dorosła, nie odnajduje się w zawiłościach relacji damsko-męskich. Nie oznacza to, że stroni od towarzystwa męskiego – przeciwnie, ma całkiem sporo kumpli, samczych informatorów, towarzyszy od kielicha i dostawców sprzętu, ale traktuje ich w najlepszym razie przyjacielsko. Wszelkie próby flirtu i podejmowania tematu płci ją peszą.
- Ma ogromny kompleks na punkcie braku skrzydeł. Wie, że je miała po urodzeniu, ale były zbyt słabe i źle wykształcone, by mogły ją kiedykolwiek unieść, więc postanowiono je dziecku amputować, by mogła swobodnie żyć wśród ludzi. Zdaje sobie sprawę z tego, że brak skrzydeł wiele ułatwia, ale dalej czuje się w towarzystwie skrzydlatych kaleka i niekompletna.
- Do szewskiej pasji doprowadzają ją mdłe, lalkowate, płaczliwe dziewczątka. Sama jest babą ze stali, więc nie znosi kobiecej słabości u kogokolwiek. Szczególnie nie cierpi ograniczonych, tępych, wycackanych księżniczek. Woli nie myśleć o tym, że może się to brać z zazdrości – w trakcie pracy wielokrotnie bywała ranna i oszpecona bliznami. Nie wstydzi się ich, traktuje jako ordery za dobrze wykonaną robotę, ale dalej jest kobietą. Czasem też chciałaby mieć nieskazitelną skórę.
- Ma słabość do ciuchów. I to nie byle jakich – do specjalnie wykonywanych na zamówienie, starannie dopasowanych ubrań, które kryją w sobie mnóstwo skrytek na broń i tajemnych kieszeni, obszytych ręcznie haftowanymi formułami błogosławieństw i przekleństw, z aplikacjami w kształcie rytualnych znaków i pentakli. Butów okutych błogosławionym żelazem i cyną, wisiorków-talizmanów, spinek-sztylecików i całej masy modowego szajsu. Są drogie, ale bardzo fajne.
- Jako Nefilim nie posiada anioła stróża, mimo że mieszka na Ziemi. Musi sobie radzić sama.
- Pali horrendalne ilości papierosów.
- Miewa czasami ataki szału.
- Ma słabość do pięknych skrzydlatych i Głębian. Aczkolwiek ogranicza się ona głównie do wlepiania w dany egzemplarz męski maślanych oczu i ślinienia się nad kuflem piwa.
- Jako hybryda, jest bezpłodna. Definitywnie.
- Nie lubi sylfid. I anielic. I dżinnji. I demonic. Właściwie nie lubi też Ziemianek. W ogóle nie lubi bab.
- Jej matka umarła w trakcie porodu, a ojciec mógł objawiać się jedynie sporadycznie, więc dorastała bez rodziców, wychowywana przez zakonnice jako sierota. W klasztorze oprócz niej mieszkało jeszcze sporo innych dzieciaków, więc nigdy nie mogła liczyć na dostateczną ilość uwagi. Więc broiła. Ogólnie mówiąc, sprawiała i wciąż sprawia kłopoty wychowawcze, ale Matka Bernadetta traktuje ją pobłażliwie. Faye jest jej ulubienicą, choć Bicz Boży o tym nie ma pojęcia.
- Ma tendencję do wpadania w kłopoty.
- Na orientacji w terenie zna się nawet gorzej niż Mojżesz.
- Odżywia się niezdrowo. Ogólnie prowadzi niezdrowy tryb życia pełny nieprzespanych nocy, brudnych zaułków, zadymionych pubów i mordobicia.

Ciekawostki:
- Po amputacji skrzydeł zostały jej na plecach dwie podłużne, blade blizny. Z biegiem czasu niemal zupełnie znikły, ale w wieku lat szesnastu Faye i tak wytatuowała sobie na plecach stylizowane skrzydła. Gdyby ktoś się przyjrzał uważnie, widać, że na lewej łopatce, na wysokości serca, kunsztownie wyrysowane lotki dyskretnie układają się w litery „CG” z wbitym pomiędzy nie mieczem. Symbol Synów Gehenny, choć w tym przypadku litera „C” odpowiada „córce”. Tatuaż jest naprawdę misterny, a znak Szeolitów da się dostrzec dopiero po wnikliwych oględzinach. Makatiel nie ma pojęcia o tym szczególe. Gdyby wiedział, że jego córka wytatuowała sobie to na plecach, chyba by ją rozniósł na strzępy, a potem zaniósł się ojcowskimi łzami wzruszenia.
- Faye wie, że to niemożliwe, ale w głębi serca chowa swoje nierealne, szalone marzenie – chciałaby móc wstąpić do elitarnej jednostki ojca, do Komanda Szeol.
- Makatiel chciał, by jego dziecko nosiło imię Freya – oficjalnie zapożyczone od germańskiej bogini urodzaju, ale tak naprawdę nadane na cześć Anioła Zagłady. Jednak wcześniej umierająca Lynette nadała dziewczynce imię po swojej babci, a ojciec nie śmiał się sprzeciwić jej woli. Nadał dziewczynce drugie imię, Gabrielle, na cześć regenta.
- Przeorysza zakonu, który wychował Faye, a zarazem i zakonnica, która odbierała poród Lynette, Matka Bernadetta, została tknięta szczególną łaską widzenia drugiego świata. Od przeszło pięćdziesięciu lat utrzymuje swój dar w sekrecie, skrywszy się w klasztorze, utrzymuje też kontakty ze społecznością skrzydlatych. Była jedyną osobą, której Makatiel zaufał w kwestii wychowania dziecka. Jak na zakonnicę, jest zdumiewająco liberalna.
- Szczególnym znajomym Faye jest jej dostawca towaru (przeważnie nielegalnie przemyconej amunicji i broni z Głębi), paser, gnom powszechnie znany jako Gemlin, właściciel speluny o wdzięcznej nazwie „Siódme Niebo”. Po hektolitrach wypitych tam trunków i dziesiątkach odbębnionych mordobić Faye może z czystym sumieniem przyznać, że niebiańska jest tam tylko nazwa.
- Jedną z jej ulubionych rozrywek jest ostentacyjne manifestowanie ateizmu i zaprzeczanie istnieniu Pana. Jak na ironię, należy akurat do grona osób, które nie wierzą, a WIEDZĄ o istnieniu Jasności. Co, rzecz jasna, nie przeszkadza jej w wygłaszaniu poglądów antyreligijnych. Czasem dla zabawy nawiązuje rozmowy z przypadkowo napotkanymi ludźmi i próbuje im wmówić, że religia to opium dla mas.
- Posiada indywidualny, dość kontrowersyjny kodeks moralny.
- Ma totalnego bzika na punkcie broni. Dotykając rzadkiego egzemplarza klamki czuje niemal ekstatyczne dreszcze.
- Faye została zmuszona, by móc pozostać w klasztorze po osiągnięciu dorosłości, złożyć śluby zakonne. Była to tylko formalność, choć w świetle prawa jest zakonnicą. Ale lepiej tego przy niej głośno nie mówić, gotowa strzelić po ryju.
- A propos strzelania po ryju, jest to kolejna z jej ulubionych rozrywek.
- Faye otrzymała na piętnaste urodziny wyjątkowy prezent. Jest to wielki, tuningowany w Limbo, ryczący jak stary smok motocykl Suzuki Boulevard C50. Maszyna jest szczególna z tego względu, że zaklęto w niej duszę szamańskiego konia o imieniu Nafta. Dzięki temu motocykl zdaje się żyć własnym życiem, poruszając się jak uczciwy wierzchowiec, czasami nawet telepatycznie gada, przypominając w ten sposób konie parasim. Jest, podobnie jak one, stuknięty i ciężko się z nim porozumieć. Na początku strasznie się bzdyczył, że został podarowany jakiejś dziewczynce na prezent, ale po jakimś czasie przywykli do siebie. Można nawet mówić o swego rodzaju przyjaźni.
- Jako że złożyła śluby zakonne, w pewnym sensie figuruje jako duchowny, uzyskując łaskę uświęcającą. Dzięki temu potrafi skutecznie egzorcyzmować.
- Nie lubi jednorożców. Pieprzone kucyki Pony z prętem zbrojeniowym wetkniętym w czoło!
- Nie ma dla niej żadnego znaczenia, czy rozmawia z głębiańskim śmieciem z Przedpiekla, niebieskim ptakiem, Świetlistym, Mrocznym, dżinnem, przywódcą Salamander, Panem Otchłani, regentem, czy z samą cholerną Jasnością. Traktuje wszystkich na równi, odwdzięczając się sympatią za okazaną sympatię.



*Administracja prosiła o umiar w tym punkcie, ale ja proszę o wyrozumiałość, jako że fakt posługiwania się przez Faye różnymi rodzajami broni jest uzasadniony. To maniaczka. Nie oznacza to, rzecz jasna, że wali z adramelecha do wszystkiego, co się rusza.


Serdecznie przepraszam za to, że moja krótka biografia nie była aż tak krótka. Poniosło mnie.
Powrót do góry Go down
Zhora
Damnatus Legio
avatar

Male
Liczba postów : 51
Data dołączenia : 13/11/2013
Skąd : ~

PisanieTemat: Re: Centurion Szczurza Śmierć   Nie 02 Mar 2014, 20:00

A więc, moje drogie dziecko... ładna karta postaci, dopieszczona, żal byłoby coś w niej zmieniać więc dostajesz akceptację, ale *dokończenie wiadomości nastąpi w prywatnej wiadomości, administratorka dziękuje za uwagę*. A teraz idź, kruszynko, ładnie bawić się na fabule.
Powrót do góry Go down
http://shadowsofheaven.forumpolish.com
 
Centurion Szczurza Śmierć
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Shadows of Heaven :: Postacie :: Karty Postaci-
Skocz do:  
Partnerstwo
CzarnyDelfinYaoiGakuenWithoutTimeShihaiRPGMementeYaoiBlackButlerEmptinessShiNoKyoNohaneDirtyPawsSpectrofobiaVampireKnightAxisMundiFamiliaHogwartDreamWildHundeStFrancesaVirus2HetaliaUnderlandMagicLullabyMavericKikuNoHanaSoulAsylumDragonlandTraineeWildLandSupernaturalGleepbfDarwinTheMagicalWorldMysticTownSpectofobia